Obserwatorzy

sobota, 16 maja 2026

wyliczanka


ene due serca trzy
czasem deszczyk, czasem łzy
czasem czułość, czasem chłód
sytość ciała, oczu głód
choć do szczęścia jeden krok
oczu błękit, oczu mrok
więc wypadasz
znowu ty?
wyliczanka spełnia sny
błądzisz w oczekiwań mgle
bierzesz udział w czyjejś grze
klucz o swoim błędzie nie wie
drzwi otwarte, wróć do siebie
północ nocą z zimna drży
cisza czuwa, miłość śpi
ciemność się w ramionach chowa
wybacz, będę tutaj nowa   
wiersze niedorzecznie plotę
odłożyłam się na potem

ene due dusze dwie
grasz w zielone
chyba nie
patrz, te krople…
lśnią na płatkach dzikich róż
ciągle pada

- chodźmy już



niedziela, 3 maja 2026

nie mówiąc


w twym bezsłowiu mnie kochasz
gdy słyszę ciszę od ciebie
zapewniasz i zatrzymujesz
pięknem słów w pół słowa
i pytasz pisząc czy tak
a ja już przecież nie piszę
tylko zupełnie poszłam
gdy wrócę dalej będziemy
roztapiać swoje liczne
świeże dzień dobre i senne dobranoce
pomiędzy którymi rozkosznie
jak kot się będzie przeciągał
czas zmarnowany
na razem sączoną kawę
Pamiętasz?
następną pijemy razem
złapaną w sieć krótką chwilą
której tak szybko nie ma 

Między nami nie mówiąc



sobota, 25 kwietnia 2026

pocieszam się niezręcznie


czasami mam siebie dość
każę więc sobie wyjść
i wrócić, gdy przemyślę
mam do siebie pretensje
o nieporządek myśli
i o rozsądek w domyśle

nie będę ze sobą rozmawiać
gdy się tak nie poprawiam
gdy nie chcę się uspokoić
- swój czas na głupstwa trwonię
nieskromnie się zachowuję
i strachów nie umiem oswoić

i płaczę, przytulam więc siebie
pocieszam jakoś niezręcznie
i mówię: już do mnie wróć
- jest życie, trzeba je żyć najładniej
a nie jak gumę nieświeżą
bez smaku i przyjemności
- żuć



czwartek, 23 kwietnia 2026

podejrzana


to nie jest moja wina
to całe roztęsknienie
a ty mnie sądzisz surowo
i wtrącasz we wspólną wolność
gdy chciałabym
- współwięzienie

to nie jest moja wina
że atakują mnie sny
że jesteś w nich oprawcą
bo ranisz niedotykiem
- choć czułość od pragnień drży

to nie jest moja wina
nie miałam ciebie w planach
świat mnie subtelnie wrobił
w przestępstwo fascynacji
i teraz o czyn zakochania 
- stałam się
podejrzana 




wtorek, 21 kwietnia 2026

gdy spadam

 

bo
czasem
to się
można
potknąć
i wtedy
się
spada
i spada
i spada
po
drodze
zdarza się
trochę
potłuc
obić
o ścianę
albo
mur
zedrzeć
naskórek
na
policzku
Ale
czasem
ktoś nagle złapie w locie, przytrzyma, obejmie ramionami, opatrzy policzek i rozpacz, zamota koc wokół zziębniętej duszy, przyniesie herbatkę i kromkę nadziei, spojrzeniem rozmiękczy zesztywniałe kolana i twarde zgody na żal. Wytrzęsie kieszenie z iluzji, ciężkie są, pomogły upadać szybciej i czasem nawet
           radośnie
                           wyjątkowo
                                               subtelnie
                                                                zaskakująco
                                                                                      niezauważalnie.
Należy je przesypać do kubła wczorajszych półprawd, półistnień i półontologii wpółodczuwania siebie.
                                                                                                               
i wtedy wolne od kłamstw
znów zaczną się pisać wiersze
znów zaczną się rymem
toczyć
           toczyć
                       toczyć
- iluzja zamknęła im usta
i prawdą błyszczące oczy

nie widzą jeszcze zbyt dobrze
sny śnią się pod powiekami
można je ciszą wyzbierać
a oczy najlepiej przemyć
świeżymi
rześkimi
łzami

wiersze pogodnie się kłębią
chcą zieleń całą wysłowić
chcą z niebem w błękity pograć
podroczyć się z zakochaniem
i czułość szeptem ozdobić

niech się już wierszom nie spieszy
w rządku je rym poukłada
a one z finezją zapiszą
klucz do szukania dłoni
gdy zdarzy się znów
niechcący

                 - spadać
spadać
                 - wypadać


niedziela, 19 kwietnia 2026

przerwa techniczna

 


poczekaj
rozumiem
ten system ma błąd krytyczny
wiesza się w czasoprzestrzeni
ma przepełnioną pamięć
i kiepski czytnik optyczny

trochę się plik uszkodził
tak bywa często nawet
konieczny jest mały reset
i rezygnacja z akcji
w tle jest też zwyczajnie za dużo
otwartych aplikacji

naprawa potrwa chwilę
a może trochę dłużej
nie trzeba się tym martwić
procesor frustracją się przegrzał
trzeba wychłodzić układy
- schematy myślenia sprawdzić

a przy okazji wyrzucić
stos niepotrzebnych zmartwień
wypłukać pod kranem lęki
złych ludzi z umysłu wytoczyć
- z dziurawych przetartych przekonań
jak z wysłużonych skarpetek
- bez żalu zbędnego wyskoczyć

ułożyć marzenia na półce
- patrz, jedno ci się spełniło
wypada je w kostkę poskładać
- co chowasz za tymi drzwiami?
to wciąż zapasowa
i zakurzona odwaga

nowy krzepiący porządek
trzeba zapisać myślą
zatrzymać pod powiekami
- zepsuła się klawiatura
i klika tylko bezradność
przypadkiem zalana łzami

można na chwilę wyłączyć
pęd życia i zasilanie
- wygasić rzeczywistość
można się serwisować
zarządzić konserwację
i przerwę -
mieć przerwę
- zwyczajnie techniczną



niedziela, 12 kwietnia 2026

z nadzieją niedoszytą


niech to się dzieje po prostu
niech z rąk mi wypada świat
a ja się będę przyglądać
dziwić się temu spadaniu
- plan nie zakładał strat

spróbuję odwrócić zegar
czas skąpiec nas bokiem omija
minuty są wciąż niedorosłe
godziny wszystkie ranią
- ostatnia podobno zabija

i sobie się poprzyglądam
choć jak - zupełnie nie wiem
to chyba niemożliwe
bo nawet bystre oko
- samo nie widzi siebie

czasami zakładam nadzieję
na lewą stronę niezgrabnie
i pruje się dobry plan          
ktoś mówi - daj spokój, zostaw
z nadzieją niedoszytą
też jest ci całkiem
- ładnie


piątek, 10 kwietnia 2026

i tęsknić

 

odurzyć się
oszołomić
zatracić się szalenie
upoić się słowami
oczarować bezwiednie
popaść w zauroczenie

a potem się zatrzymać
w ciszę poranka się schować
ze słów spijać małą bliskość
odległość dotykiem mierzyć
i czas rozkosznie marnować

i pierwsze słowo odnaleźć
zaspane nocą grudniową
i oczy mieć ciągle wilgotne
i znaczki uśmiechów przyklejać
i tęsknić
zwyczajnie tęsknić za tobą


środa, 8 kwietnia 2026

między ustami


między ustami a brzegiem pucharu
jest cały wszechświat pragnień
i mikrocząsteczki historii
jak ta
o dużych niekochaniach
i małych nikłych kochaniach
i o kochaniach nieładnych
pospiesznych niedokładnych
zepsutych
i nazbyt pięknych
więc całkiem
nieprawdziwych

zanim do ust się przysunie
chłód cierpkiej gładkiej krawędzi
zanim już będzie za późno
na żal
trzeba wysennić smak
wyśnić aromat czułości
i przełknąć gorycz lęku

zetrę dziewczynie niczyjej
z bladych warg niekochania
pierwszą kropelkę tęsknoty
niech pierwszy łyk się rozleje
- ciepłem niespiesznej
pieszczoty





wtorek, 31 marca 2026

zostanę tu jeszcze chwilę



zostanę tu jeszcze chwilę
nie mów mi
że mam biec
wiosna się trochę spóźnia
- ja też

zostanę tu jeszcze chwilę
powiesz
dasz radę, mała
a ja się z tej niezręczności
nie będę wcale śmiała

zostanę tu jeszcze chwilę
nie muszę być
w swojej porze
i tak jestem z życiem
do tyłu
- a z odrobieniem zadań
nie zdążę

zostanę tu jeszcze chwilę
mam twoje uśmiechy
skradzione
i kubki kaw niedopitych
i książki pełne nieczytań
i oczy rozmarzone

zostanę tu jeszcze chwilę
może w tym czasie
dorosnę
tak ładnie spóźniona
poczekam
na siebie
- i na wiosnę


sobota, 28 marca 2026

proszę wejdź

 

wejdź
proszę wejdź
zdejmij płaszcz
zrzuć z siebie obojętność
nieśmiałość całą rozepnij
- gładką nieprawdę zmarszcz

rozsiądź się w moim dniu
przetartym już wieczorami
tęskniłam
gdy kładłeś do snu zimne słowa
za zamkniętymi drzwiami

nie budźmy ich
mów szeptem
wygrzeją się wszystkie pod kocem
zaparzę nam herbatę
patrz
księżyc odgarnia chmury
z ciemnego czoła nocy

tak cieszę się
że jesteś
pijemy siebie patrzeniem  
na stole kruszą się dźwięki
muzyka
jak słodki herbatnik
smakuje
- spełnieniem



poniedziałek, 23 marca 2026

jesteś


jesteś

na jeden niewielki oddech
na wyciągnięcie dłoni
na ciepło bliskiego spojrzenia
- a jednak odległość doznań
mierzę czułością kamienia

na cały tłum zachwytów
na adorację uroku
na zmysłów ciepłych gwałtowność 
- a jednak w szeleście wyznań
ogrzewam milczącą samotność

na kilka smutnych spełnień
na wychudzone starania
na tlącą się jeszcze pieszczotę
- a jednak w tym co przychodzi
przytulam nową 
tęsknotę




sobota, 21 marca 2026

pierwszy tom ciszy

 

ciii
posnęły już sny
nierozbudzona nadzieja
też śpi
a nam jest ciągle tak ładnie
w cieniutkiej bezsenności
choć rankiem drży w nas chłód
- to nic

zrzucamy stare słowa
jak buty po ciężkim dniu
stawiam kubek na stole
pamiętasz?
piłeś w nim kawę najchętniej
- gdy pękł
uśmiechał się szczelinami
a teraz tylko cieknie

kleiłam na nim optymizm
z nieprzepuszczalnej wiary
- lęk wylał się słony i zimny
co jednak raz się rozbiło
nie jest tym samym
- jest innym 

noc czuli się do księżyca
odgarnia z jasnego czoła
białe kosmyki chmur
i w mroku ukryta milczy
a ja ci zaczynam czytać
wzruszona
pisany pod powiekami
pierwszy tom
naszej
- ciszy




zadzwoń

 

ja to spróbuję opisać
w jakimś zadruku wyrażeń
wtedy się może zrozumiem
wtedy zatrzymam myśli
ranne od ostrych kojarzeń

szpieguję własne słowa
które mi sens ukradły
zapadłam w nieistotność
w niezręczność wyrażania
gdy słowa w milczeniu przepadły

bez słów nie wypełnię zadania
bez myśli i powód milczy
jak mam ci to wysłowić?
może po prostu zadzwoń
do mnie
- we wtorek przyszły



piątek, 20 marca 2026

zostawiasz mi niemą czułość

 

zostawiasz mi niemą czułość
nocy bezsennych
które ciemne jak kawa
okrywały nam
już stęsknionym
najmniejsze skrawki skóry
- gdy słodycz pocałunków
ostatnich
sączyła się bezradnie
do jeszcze ciepłych serc



czwartek, 19 marca 2026

coś jeszcze

 

a gdy nad ranem zniknąłeś
w tłumie słów wystraszonych
rwąc w pół konsensus wspomnień
- nie budząc czułości znużonych -

szukałam cię po omacku

w preludium dotyku wymiarze  
i klucz znalazłam do ciebie
gdy w inne patrzyłeś twarze

schowałam cię przed światem
gdy byłeś senny jeszcze
miałam dla ciebie nuty
miałam dla ciebie wiersze
- i jeszcze… coś jeszcze
coś
jeszcze



środa, 18 marca 2026

cienie



cienie
gdy
cię nie ma
cię nie słyszę
cię nie mogę odnaleźć
cię nie zatrzymałam
zanim słońce zsunęło się niżej
- cienie
w ciepłej ciemności ciszy
w nie-cierpliwości ciebie

***

Na kilka kroków zapatrzeń
na zatęsknienie dłoni
na krągłe planety piersi
- wzięłam w depozyt nadzieję
Szumiały dojrzałe zboża
wiatr je kołysał do snu
W ciemnościach widziałam tylko
twoje smutne zwątpienie
Ramiączko chabrowej koszulki
opadło pytająco
Po skórze sunął dreszcz
Wiedziałam że nie ma już nas
w czułościach tej letniej nocy
więc między sennymi kłosami
szukałam pociechy i chabrów
- w skromnej pieszczocie barw
- w nienachalności piękna
tuliłam koszulkę i kwiaty
- i całkiem bezradną siebie

***

ja już nie potrzebuję
miłości
nie potrzebuję pustych słów
które dźwięczą niewiarą
 w których echo opadło na dno
małych znaczeń
nie umiem napełnić ich znów
nie umiem ułożyć w nich myśli
nie znam systemu pakowania
sensu
w pustkę 

nie jestem dobra w miłość

więc całkiem ciekawą niemiłość
studiuję
rozpaczliwie

***

ale
to przecież nie ma znaczenia
że ciebie
nie ma

zamknęłam na chwilę myśl
ucichła
słyszę jak lekko się tłucze
po pustej klatce zwątpienia
wypuszczę ją
ale
nie może już za mną chodzić
od jednego krańca czasu
do drugiego
bo gdzieś pomiędzy ty
daleko
dalej
o całe wilgotne spojrzenie
ale
bliżej
o jeden wspólny oddech
gdzieś w bezprzestrzeni ust
w nieodległości dotyku
na terytorium drżeń

ale
to przecież nie ma znaczenia
że ciebie nie ma

gdy jesteś

***

smak ciebie błąka się najpierw
w ust rozchylonych kąciku
wilgotni i gładzi naskórek
rozlewa się na języku
otula ciepłem, czułością
małymi skrawkami rozmowy
- a potem jak cierpkie wino
uderza wprost do głowy

***


niedziela, 15 marca 2026

szaleństwo


niebo spadło błękitem
i lazur popękał podniebnie
trzeba upadek wysłowić
przewiązać ładnym znaczeniem
- ty mówisz że wiersz niepotrzebnie

patrz jak się rozbiegły żonkile
jak depczą zieleń bezkarnie
jak złocą się tuż po wschodzie
i bledną z wieczorną szarością 
- ty mówisz że banalnie 

a jeszcze drzewa naguśkie
tańczą swe sny erotyczne
i wiatrom się całe oddają
drżąc w niezieleni zmysłów
- ty mówisz że zbyt patetyczne 

napatrzeń ciągle mi mało
dziś w nocy nie będę spała
z księżycem o wiośnie pogadam
i tulipanom poczytam
- ty mówisz że zwariowałam



wtorek, 10 marca 2026

małe nieba


 

Lato oddycha spokojem
- na polnej drodze tęsknot
kładzie się długim cieniem
Trawy się skrycie wilgocą
kłosy wiatr czesze westchnieniem

Zamykam się w myślach o tobie
gdy w cieple złotego wieczoru
wiatr pieści moje ramiona
Drżę w niedotyku zachłannym
- ciebie, nie wiatru spragniona

Za mało w nas było nadziei
i chabrów na próżno by szukać
wśród rozbujałych zbóż
Myślałam że je utraciłam
- że mnie nie odnajdą już

Słyszę jak zboża falują
ich szepty pozbierać mi trzeba
Chabry się czulą do dłoni
i rozsiadają w spojrzeniu
- nieśmiałe, rozkoszne nieba



czwartek, 5 marca 2026

tkliwienie

 


jak to się ładnie zdarzyło
ta zima kryształem lśniona
skrzące się w słońcu marzenia
puszystość wielu błogości
- wpadanie w ciepłe ramiona

jak to się ładnie wyśniło
w wiosennym międzysłowiu
a gdy się sens rozśpiewał
zielonym staccato początku
- muzyka szumiała w listowiu

jak to się ładnie tkliwiło
w letnich czułościach zapatrzeń
gdy dłoń się z dłonią splatała
w słońcu topiła się czułość
- i nocą mięta pachniała

jak to się ładnie ciepliło  
złociły się jasne nadzieje  
liście spadały z jesieni 
- przez dziurkę od klucza wiary
na próżno szukali cieni

jak to się ładnie rozsiadło
jak chciało być najpiękniejsze
- przez cztery pory roku
- przez czas zamknięty w zachwytach  
- przez to co wciąż
najważniejsze


 

wtorek, 3 marca 2026

pęknięcie

 


gdy świat się powoli rozdzierał
gdy całkiem pękał w znaczeniu
kruszyło się też rozumienie
- sens znaleźć szybko chciałam
ale jedynie makaron
pomieszać zapomniałam 

nie wiem co zrobić ze światem
któremu się sypie meritum
któremu spadają nadzieje
czy mam je próbować wyzbierać?
czy pranie wstawić jednak?
czy oczy zdziwione przecierać?

w swej małej nieistotności
roztrząsam zasadność robienia
i robię w zasadzie nic
- przytulam lęk i człowieka
czuję też nagłość puenty
- ale nie musi jej być



poniedziałek, 2 marca 2026

widziałam że się zapadłaś

 

to chyba był przypadek
nie wiedziałam czy chcesz
po prostu wymyślił się rankiem
przy kawie bielonej zdziwieniem
o tobie niewielki wiersz

widziałam że się zapadłaś
po same koniuszki zmęczenia
w fotel wczorajszych spraw
patrzyłam na ciebie dyskretnie
z drugiego końca dnia

wiesz
życie to tylko chwila
cztery tysiące tygodni
mistrz mówił że szkodzi zdrowiu
- kto żyje ten umiera
jesteśmy niechcąco przechodni

rozczula mnie ciebie szukanie
w wątpliwej śmiałości spojrzenia
nieuporczywość zużywa
maleńkie porcje czasu
- to sens dobrego istnienia

uśmiechasz mnie zrozumieniem
i wiesz już że się miniemy
w ciszą plecionej przestrzeni  
- tak samo nienachalne
- tak samo zagubione
ze szczęściem jeszcze w kieszeni


niedziela, 1 marca 2026

o nim



A kiedy zapadasz się cały
w poduszki dobrego snu
kiedy wirują przez chwilę
drobinki twego oddechu
po czym spadają spokojnie
na wygładzony policzek
kiedy scrolluję rolki twoich zwyczajnych marzeń
i szukam w nich nieustannie
czegoś dla siebie i siebie
kiedy zakładasz za głowę ramię pełne obietnic
i sunę po nim łagodnie
swoim ciepłym zdziwieniem...
kiedy śpisz całym sobą
ja budzę się z rozczarowań
i oczy szeroko zamykam
żeby zatrzymać tę noc
i nie dać jej wyciec z siebie
jedną bezradną łzą

***

rozklejam warstwy świtu
odgarniam sen z twoich powiek
wodzę opuszkiem palca po różowości ust
rysuję linię podbródka
i wracam na miękkości
- policzka, płatka ucha
orbity obojczyka nad horyzontem pragnień
składasz się jeszcze z nocy, ciemnej, surowej, chłodnej
drapiesz szorstkim zarostem spod mrocznej gwiazdy źrenic
ale kiedy całuję twoje rozgrzane ramię
- pachniesz lipcowym porankiem
kojącym sekretem cieni

***

Nie przytulaj mnie więcej
bo kiedy tak mnie, stęsknioną
odsuwasz
- ze sobą odrywasz mi serce

Nie całuj mnie w policzek
tuż pomiędzy tętniącym
tobą pulsującym
odkrytym fragmentem szyi
a zachłannymi ustami
bo kiedy zrywasz to nikłe połączenie
wraz ze sobą zabierasz pragnienie
- zostawiasz czysty głód

Nie mów już do mnie nigdy
bo kiedy ostatnim akordem
wybrzmiewa twój ciepły głos
- ja muszę mierzyć się z ciszą
której nie umiem ochronić
przed wielkim hałasem życia

Nie patrz mi w oczy więcej
bo kiedy zabierasz spojrzenie
- ja z moim zostaję bezludna
jak pusty kieliszek po winie

Tłucze się lekka myśl
pomiędzy ściankami szkła
- zostawiłam ją samą
mnie już tam dawno nie ma
- choć cała zostałam 
przy tobie

***

Dotykasz mnie
najpierw myślą
później małymi robaczkami
liter
z wielokropkami oddechów
coraz krótszych

Dotykasz mnie
w końcu gorącą dłonią
- jeszcze przez chwilę moją
czytasz mnie palcami
gdzie wzbiera miękka wilgoć
i gdzie ciepło przekracza
najwyższe stopnie zmysłów

Dotykasz mnie
spełnieniem
rozkosznym wypełnieniem
- nagle cichym
zmęczonym
wzruszeniem

Dotykasz mnie
tęsknotą
więc szybko zamykam oczy
i z tobą się wreszcie spotykam
i w twoich oczach tonę
- śnię

***

Taki to dobry czas
na nas
Na bliskość czas
Na czułość czas
Na oczu ciepły blask
- też czas
Na łzy tęsknoty
Na zapatrzenia
I kilka trudnych pomilczeń
- też czas
Na koronkowe wiersze
Na tłumne pytania
Na zrozumienie
- też czas
Ale teraz, gdy dzień nas zaskoczył
w naszym intymnym bezczasie 
na kawę
- czas




środa, 25 lutego 2026

przedwiośnie

 



Świeciło blade słońce
wiatr krył się za nagim drzewem
- w ten pierwszy dzień bez czapki
w rozpiętym szarym płaszczyku
- w ten dzień pod świeżym niebem

Ziemia miękła bezgłośnie
strużki wilgoci płynęły
z kącików jej smutnych bruzd
Czy to jest wiosna na pewno?
Czy sprawy się zimie wymknęły?

Zbyt kruche dziecięce nogi
przeprawa trudziła mozołem
buciki rosły w maź błota
a w oczach wędrowała
niepewność szerokim kołem

W dziecięcym sercu radość
i trudnych dorastań treść
buciki od błota zbyt ciężkie
z wagą zlepionych strapień
- nie chciały już dalej nieść 

więc dłoń
ta dłoń kojąco dorosła
i ramion szerokich krąg
bezpieczna przystań objęć
- przenosi początek istnienia
przez trzęsawisko łąk

Kiedy się słońce rozświeci
dłoń ciepłem przeniesie przez chłód
- pustka jest wciąż nazbyt pusta
i chyba nie wiadomo
jak przejść
jak przebrnąć
- przez grząski przedwiośnia trud



sobota, 21 lutego 2026

promień

 



Pojawił się nagle, zupełnie niepozorny, przynosząc wyspecjalizowaną nanotechnologię rozświetleń. Rozlał się jasną plamą na fragmencie, jak gdyby nie chciał być nachalny istnieniem, jak gdyby przepraszał, że żyje zbyt jasno. Poprzesuwał cienie, przemieszał kolory, pozaglądał ciekawie w głębie, załomki i wnętrzności, smyknął po gładkościach, podskoczył na nierównościach. A później poturlał się drobinkami po zaskoczonych liściach, na kilka sekund rozłożył się blednącą smugą na stole i zniknął, jak gdyby go nigdy nie było.

Nie to, że się wypalił, nie to, że zbrzydł, że ktoś go rozmącił w istnieniu tak bardzo, że stał się przezroczysty. Nie to, że się obraził na świat. Albo że stracił odwagę jaśnienia. Nie to, że chciał się rozpaść, rozsypać na ziarenka, których się nie da wyzbierać. Nie to, że chciał się okraść z siebie i wtrącić w zapomnienie.

Odszedł na chwilę, na trzy kroki, by wrócić sobą silniejszym.

Światło nie znika, nawet jeśli przygaśnie na moment, nawet jeśli na chwilę - zamiast skupiać się pełnią mocy w soczewce równowagi - rozleje się bladą i nieuporządkowaną plamą na życiu.

Nie znika.



poniedziałek, 16 lutego 2026

nic nie napiszę do pana

 

nic nie napiszę do pana
nie pomaluję dziś rzęs
gdy jestem nieuśmiechalna
mogę jedynie uczesać 
jeden najmniejszy wiersz

nie
wiersz nie jest dobrym pomysłem
powiedzą że znów depresyjnie
o, jest pan? nareszcie
kupiłam dobrą herbatę
i myśli abstrakcyjne

dobrych pomyśleń nabrałam
pomyśleń na wagę zmyślenia
do tego garść czułych punktów
A, właśnie
miałam zapytać
czy odniósł pan punkt odniesienia?

można go nawet zawrócić
wybaczyć nieomylności
mam wprawę w punktach zwrotnych
a także w mozolnym dźwiganiu
wątłych punktów ciężkości

pan pyta czy ja już odniosłam
czy odłożyłam na półkę
tę pełną zaskoczeń relację
ja po niej stąpałam ostrożnie
ja po niej mam nawet rację

i uśmiech miałam grzeczny
nieśmiało zza ust się wyłaniał
chciałam przymierzyć to życie
więc że jest dla mnie szyte
zza tego uśmiechu kłamałam

ale pan wie że to na nic
że w cząstce i tak jest wszystko
że siła się bierze z bezsiły
że człowiek jest dla człowieka
- czy mógłby pan nie zniknąć?

mgły się unoszą nad ranem
mam z nimi codzienne widzenie
pan wie że czasem się droczą
kradnąc mi w woal nieprawdy
to wielkie nietęsknienie?

w ciepłym zapachu herbaty
chcieliśmy marzenia pić
i rozmawiamy o niczym
- a może jedynie o tym
że w siebie zapatrzeni
że w siebie zaOpatrzeni
- możemy tak sobie żyć




sobota, 14 lutego 2026

kiedy myślę

 

Kiedy myślę o tobie
jest mi tak ciepło
tak sennie
nawet gdy nocą przynosisz
chłodnawą nieobecność
w której mi zimniej i ciemniej

 a rankiem jest już wszystko
i my, niezauważenie
zaOpatrzamy się w siebie
i zapatrzamy się w siebie
przez wielkie nietęsknienie

nie tracąc cię z oczu przechodzę
przez portal namiętności
czy my się sobie śnimy
czy istniejemy naprawdę
w tej hiperboli czułości

zachłanna w cichych pragnieniach
wilgocią nieśmiałą rozlana
szukam fragmentów twej skóry
gdzie miękka powierzchnia dotknięć
- ukryta i niecałowana

zanim mnie pożądanie
rozbierze z każdej nagości
trzeba ci pocałunkami
dokładnie i czule wyzbierać
kropelki wątpliwości

krzyczy we mnie niepokój
bliskości animozja
uciszysz je intymnością 
- a potem nas zniszczy spełnieniem
drżącego naskórka eksplozja

cisza kołysze nas szeptem
milczy też nasza muzyka
może noc znów cię zabierze
może świat powie: dosyć

- wciąż jesteś
i nie znikasz



miłość

 


Miłość? cóż miłość?
szaleństwo jednej chwili
czy turniej to jakiś pokrętny
czy scrabble dziwnego języka
który się nam ciągle myli? 

nie ma miłości przecież
być może jej szukam w tym zdaniu
niech już przestanę
niech zasnę
niech siebie nie widzę w kochaniu

niech się ułożę wygodnie
ty ze mną, jeśli chcesz
w bezpiecznym międzysłowiu
w łagodnych nienazwaniach
i w ciszy 

- ja chyba ciebie też




czwartek, 12 lutego 2026

rozkwitnij

 

Rozkwitnij mojej skóry zamknięte neurony
rozchyl opuszkami płatki oniemiałe
rozwilgotnij dreszczem wstydliwe ramiona
otwórz we mnie wszystko
- co jeszcze nieśmiałe
W ogniu zachłanności nie każ mieć umiaru
rozbierz z przyzwyczajeń każdy chłód niechciany
w cieple swoich dłoni odszukaj pospiesznie
każdy skrawek ciała
- niedocałowany
Rozpal namiętnością w ekstazie pragnienia
ukołysz czułością, w której zmysły mdleją
zakochaj mnie w sobie finezją rozkoszy
i zostań na zawsze
wiosno
- i nadziejo


środa, 11 lutego 2026

troszeczkę


Troszeczkę szczęścia na raz
jeden kęs i nic więcej
żeby się nim nie przejeść
żeby się nie przesycić
żeby je ciągle mieć w ręce 

zapisać szybko w notesie
póki się jeszcze pamięta
że jakaś tam środa i wieczór
a może o siedemnastej
zapachnie nam w sobie mięta 

a rankiem na chwilę przed wschodem
rozczuli się niebo różowe
dzień się zapowie dobry
ze szczęściem wpadnie w pudełku
i szepnie w poduszkę: gotowe 

Troszeczkę szczęścia na raz
radości w oczach dziecięcej
nadziei jak trawy zielonej
- i gdy mnie tak grzejesz słowami
naprawdę nie trzeba nic więcej



 


poniedziałek, 9 lutego 2026

chodzi za mną

chodzi za mną twych ust
miękki smak
czuję go w ciepłym oddechu
w szeptach za uchem wyraźnych
w dotyku
gdy dłoni twych brak 

chodzi za mną mych ust
niecierpliwość
a gdy ją próbuję okiełznać
subtelnie poskromić pośpiech
- zamienia się w łapczywość 

chodzą za mną ust naszych
gwałtowne zachłanności
nieposkromione pasje
dzikie nienasycenia
- do puenty porozbierane
z każdej możliwej nagości 


niedziela, 8 lutego 2026

kot rysowany oburącz

kot rysowany oburącz
na pleców jasnym płótnie
zachowuje się grzecznie
czasem się tylko skaprysi
czasem przymarszczy butnie

czasem łapę wysnuje
pogładzi grań obojczyków
i miękko będzie się łasił
przez karku senny owal
do ramion niemych w dotyku

na łuku kręgosłupa
trochę się poprzeciąga
ciepłem nadczuli intymność
i kocie oko przymruży
by więcej już
- nie podglądać

sobota, 7 lutego 2026

a w naszych oczach symfonie

 

złapałeś mnie za słowo
łopoczące na wietrze
a ja się odwróciłam
zaplątana w niesłowność
i taka umowna jeszcze 

słowo się pruło na wątki
na obietnice bezpieczne
- chciałam je czule pozgarniać
tymczasem się rozsypały
wszystkie słowa podręczne

czy jednak możesz nie zniknąć
w liter pospiesznym blednieniu?
opowiem ci ładne dźwięki
melodią nas opiszę
- dosłowność schowamy w cieniu

znasz mnie przecież tak dobrze
czytałeś małym druczkiem
nie omijałeś nagłówków
i wiedziałeś co myślę 
- zawsze po jednej nutce

słowa przeważnie są ciasne
organizm liter zbyt chudy
- cierpi na niemuzykę
a w naszych oczach symfonie
a w naszych oczach etiudy



czwartek, 5 lutego 2026

sen

 


Zmęczony sen zamknął oczy
otulił się kołdrą ciemności
przytulę go, jak zawsze
w ospałej snu niezwykłości
A jesteś jeszcze ty
w mój sen się wsuwasz i w noc
razem możemy ogrzać
zziębnięty mroczny koc
Mgły się uniosły, kot przemknął
pod nieoczywisty płot
zgubiłam tam plany na jutro
- co w moim śnie robi kot?
Przeciąga się rozkosznie
na mlecznej drodze bezsensu
i łapką powoli wytrąca
małe gwiazdy z kredensu
Wymiata je razem ze strachem
że życie to senny nonsens
że życie nam się śni
- co w moim śnie robi kredens?
Kociak się wreszcie ułożył
w zaległych marzeń kłębuszek
grzeją się wszystkie i mruczą
- niech śpią, snem spełnić się muszą
A rankiem, gdy sen się obudzi
myśli go może czymś zajmą
- kot wtulił się w moje nogi
sen zwinnie wysunął się z ramion



Malina - K

 

I w tym wieczornym milczeniu
w słów naszych rozchłestaniu
maliny tylko i księżyc
- i myśli w łagodnym skradaniu

i kawa sączona po cichu
na dwóch różnych końcach zapatrzeń
gdy w słowach nieważnych ukryta
nieśmiała poezja znaczeń

Nie mam dla Ciebie zbyt wiele
pęk kluczy do powiedzenia
bukiecik oksymoronów
i czułe nienasycenia

a nocą system drżeń
gdy we śnie moim rozrabiasz
- nakrywasz na zachłanności
gdy łowię, jak motyle
radosne dwuznaczności

W szeptach naszych tajemnic
w zapachu niedopowiedzeń
rozpływamy się sobie
na niecierpliwych językach.
Smak koronkami ozdobię

Po-Życzę więc sobie dziś Ciebie
na wiele dobrych dni
na nasze sobą zachwyty
na niepokorne wibracje
na uśmiech, myślałam - ukryty

Gdy jesteś tam, gdzie mnie nie ma
i kiedy spokojnie śpisz
rodzi się magia sekretu
- to jedna z naszych cisz



niedziela, 1 lutego 2026

Czas


A czasem się nawet zdarzy
że masz na mnie czas
że się czasem tym czasem
ze mną podzielisz w czas
Czasem przytrafi się też
że zjawisz się na czas
i moje czasowe tęsknoty
zamienisz w nasz bezczas
Wówczas może się zdarzyć 
że całkiem dobry niedoczas
marnieje w stracony czas
- pojawiasz się w nim po niewczasie
gdy jeszcze w naszym czasie
za mało nas 



Szept niósł się ciszą

Szept niósł się ciszą
nad uśpieniem traw
wieczór nas rzeźbił z miękkich ciała natchnień
w ogrodzie doznań zsunąłeś ramiączko 
mojej koszulki
i moich pragnień 
Spojrzeniem zachłannym
- obnażyłeś całe
Czy to chłód całował moje drżące ramię
czy to twoje usta, coraz bardziej śmiałe
Czujesz?
Na skórze ciepły deszcz 
Na skórze rozkoszy dreszcz
Na skórze neurony pokus
które są moje, a które twoje...
Chcesz?
To tylko jedna z naszych cisz 
w melodii z tobą 
z muzyką w tobie 
gdy śpię i śnię
gdy śpisz i śnisz 



sobota, 31 stycznia 2026

Krowa

Niepojęte ścieżki czwartku
w konwersację znów nas wiodą
Pan się śmieje? Nie rozumiem
wszak kończymy często zgodą

Mówi Pan, że spór nieważny
- czort ironii drzemie w nas
przerzucamy lekkie kwestie
marnotrawiąc cenny czas 

Pan się jeszcze tu wywnętrza
aluzjami mamiąc mnie
że w zgodności słów i wizji
można w siebie zapaść się

Że zakochać? Pan żartuje
w niczym wszak się nie zgadzamy
te pozorne konsensusy
ustępstwami wypychamy

Póki kawa jest cierpliwa 
a w nas afekt rośnie zdrowo
może Pan mi wreszcie powie
o co chodzi z tą... No z krową! 

Krowa krowa, Pan się żachnął
to nie o nią chodzi wcale
a o mleko, które od niej
wydzieramy jak wandale.

Mleko jest istotą rzeczy
i niech krowie będzie chwała
nie opakowanie ważne
lecz zawartość jego cała

Tak jest z wszystkim, jak świat światem
tu przyznaję Panu rację
niewątpliwie to, co w środku   
burzy wszelkie spekulacje 

Krowa ważna jednakowoż
i wartości wnosi nowe
bo niesłusznie ją sądzono
o sztywności poglądowe 

A poglądy przecież zmienia
wraz z poznaniem innych krów
Krowa piękna, wnętrze słuszne
- w konwersacji mojej z Panem
najważniejsza przyjaźń słów 



 

środa, 28 stycznia 2026

krzywe serca

 


na samym początku był bezgłos
składałam jakieś słowa
a one spadały pod nogi
jeszcze się podrywały
- i opadały od nowa

a później padał deszcz
stałam mokra w złudzeniach
drżałam, nie czując chłodu
w oczach rósł żar i niepokój
- kroplami łez od niechcenia

noc cicho zapadła nad światem
mrok zsuwał się zboczem góry
schowałam się z lękiem pod kocem
księżyc zaglądał przez ciszę
- rysując milczenia kontury

rano niespiesznie spadł śnieg
spokoju sumienny zastępca
zgubiłam rękawiczkę
więc drżącą z zachwytu dłonią
kreśliłam krzywe serca 






wtorek, 27 stycznia 2026

mój chłód


jeszcze się trzyma
jeszcze się droczy
jeszcze atencji czuje głód
- przysiadłam na trawie
- zziębnięta poczekam
kiedy pod twoim ciepłym spojrzeniem
stopi się mój
zuchwały chłód


piątek, 23 stycznia 2026

wyzbierałeś zaostrzone słowa


Wyzbierałeś wszystkie zaostrzone słowa
z mojej zgubionej przestrzeni
zaokrągliłeś kanciaste
wygładziłeś chropowate
związałeś pretensjonalne
- pod twoim czujnym okiem
uszło powietrze z nadętych
a później naprawiłeś włącznik uśmiechu
i światła
między tęczówką a źrenicą

gdy błysnął pierwszy szept
powoli zacząłeś zdejmować
warstwy błyskotliwych metafor
pod którymi ukryliśmy
słowa najbardziej
- bezbronne 



poniedziałek, 19 stycznia 2026

śpij



Śpij
w łagodnych objęciach nocy
niespiesznie sobie śnij
- cień rzęs spadł na policzki
jak smuga światła spod drzwi

Śpij
mną się zupełnie nie przejmuj
ja sobie jeszcze poczytam
nie będę świecić ci w oczy
czy śpisz już - też nie zapytam
lekko uchylę okno
żeby się księżyc rozgościł
i kołdrę nam poprawię
poprzykrywamy nagości
budzik nastawię na szóstą
i nam, na życie łaskawsze
może tym razem się uda
i nie zaśpimy, jak zawsze

Śpij
ja sobie jeszcze pomarzę
że znajdziesz mnie pod poduszką
że może się tobie zdarzę
że rankiem gdy wstaniesz do pracy
a ja się spać położę
spotkamy się w sennej poświacie
i nie miniemy się
- może



niedziela, 18 stycznia 2026

pouśmiechani

 

ludzie się czasem sobie
najzwyczajniej zdarzają
na chwilę
albo na dłużej
- siebie dla siebie mają
jak można dla siebie mieć sweter
albo książkę świeżo wydaną
zapatrzoną, wydotykaną
  - a jeszcze nie wyczytaną 

chciałam przeczytać ludzi
tych, na których czekałam
zdanie po zdaniu zaczerpnąć
- odurzyć się nimi chciałam
ale nie było potrzebne
marzeń literowanie
zbędne też było właściwie
- dręczące oczekiwanie

jechałam wąską ulicą
śnieg padał, biel rosła w oczach
- a oni
w niej rozpoznani
stali jak pierwsze wydanie
- radośnie pouśmiechani



czwartek, 8 stycznia 2026

kot



Żadna to wielka sprawa
i wcale złożona historia
powszednich dni zwykły splot
sojusz niewielu zajść
i oto jest po prostu
- kot

Wydawać by się mogło
że jest to niepotrzebne
ot, taka życia psota
ktoś mówi: na co ci było
- a jednak niewątpliwie
potrzebowałam
- kota

Jeszcze się można zatrzymać
w zadumie zmarszczyć czoło
i podjąć temat kłopotu
- ale pretensje o koszty?
wyrzuty o fochy, sabotaż?
wstyd
tego nie robi się
- kotu

Dotarłam już całkiem daleko
w marnotrawieniu rozważań
- konkluzji taka istota
że rezerwuar myśli
roztrząsa się czarująco 
na ważne sprawy
- kota

Zaszła bowiem niezbędność
w pewnej potrzebie doznań
nie chciałam szczęścia potem
- chaosu też było mi mało
stawiając więc łapki zmyślnie
wszystko to przyszło
-  z kotem 

Czuję się wyróżniona
że mieszkam u swego kota
więc wiersz mu piszę w przelocie
- odmienię też przez przypadki
swe błogo mruczące istnienie
w zasadzie całkiem już
- kocie 


 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

jesteśmy

 


jesteśmy starannym dwukropkiem
po którym można wymieniać
urocze zestawienia
i pełne finezji słowa
- będziemy je potem zazdrośnie
w oprawie przecinków chować

jesteśmy oksymoronem
mijamy się znaczeniami
dziwimy wzajemnym kontrastom
- smakuje sprzeczności kęs 
tak śmiesznie paradoksalni
zbudowaliśmy sens

jesteśmy dokumentem
z urzędowym zapisem
wyłącznej licencji na czułość
- pusta kartka nic nie wie
dopiero druk cichych intencji
dekretuje nam siebie

najbardziej jesteśmy kawą
gorącą, z kropelką mleka
nie można koncepcji rozdzielić
dodać cokolwiek - herezja
- kawa jak uniwersum
jak jasny punkt wszechświata
Poezja!



myśl

 

zatrzasnęłam o tobie
myśl
gdzieś na granicy rozsądku
zasunęłam rolety spojrzeń
i zamknęłam jej usta
a ona
wydostała się szeptem
przebiegła opuszkami
po kręgosłupie westchnień
naruszyła gładkość skóry
spadając zimnym dreszczem
na rozgrzane pragnienia
Zanim mnie skrępowała
wygięłam ciało w łuk
i doszłam
- do wniosku
że nigdy z nią nie wygram


 

sobota, 3 stycznia 2026

list

 

Piszę do Ciebie ten list
w sen otulona nad ranem
choć dawno zasnęły już słowa
wszystkie zbędne dygresje
rozochocone wątki
i listy
też listy
- niestety nienapisane
Rozpiszę się może niechętnie
jak gdyby od niechcenia
wydotykam palcami
w krągłych literkach uczuć
- tę papeterię tęsknienia
Na wstępie przekonam Cię pewnie
że u mnie wszystko w porządku
że ścieżką codzienności
drepczę po swoich śladach
- w wygodnych butach rozsądku
Ścieżka mnie czasem prowadzi
w pragnienia z mapą niezgodne
dopiszę, że w dróżki pokus
i dodam jeszcze cichutko
że buty
- są jednak niezbyt wygodne
Ale opowiem Ci zaraz
że słońce znów wschodzi nad lasem
że kubek z kotem mam nowy
że chcę przeczytać Diunę
i że się nawet uśmiecham
- naprawdę uśmiecham się czasem
A potem Cię pozdrowię
w ostatnich listu słowach
ukryję w nich wszystkie czułości
wszystkie banalne tęsknoty
nieprzemyślane sekrety
i list do szuflady
- schowam



czwartek, 1 stycznia 2026

nic się nie stało

 


 

Nic się właściwie nie stało
to tylko mała samotność
to tylko nieważna cisza
którą niesforny wiatr
lekko poderwał do góry
- bo mu igraszek mało
Nic się właściwie nie stało
to tylko kilka wierszy
niedokończone słowa
nieprzemyślane myśli
które za moment zbudzą
- pełne nieczucia ciało
Nic się właściwie nie stało
to tylko
serce
- zadrżało



Sweter

otuliłam niesforne lęki
ciepłym
za dużym swetrem
chowam w nim dłonie i piersi
i wszystkie załomki niekochań
- myślałam że na zawsze
W ciemnościach czaisz się ty
nie pytasz
rozkładasz moje zdziwienie
na drobne nieważne słowa
których za chwilę już nie ma
czytasz mnie swymi dłońmi
zdanie po zdaniu odkrywasz
ciepłe wilgoci skóry
i niecierpliwość piersi
- sweter spada do stóp
piersi unoszą się wyżej
krągłe jak dwie planety
dla których jesteś słońcem
- zgodę pieczętujesz
żarem spragnionych ust
zakładam na ciebie pętlę
ze swoich nieśmiałych ramion
w półmroku czuję tylko
oszołomienie zapachem
i bicie twojego serca

w przyspieszonych oddechach
w mrowieniu napiętej skóry
we mgle oczekiwania
rozmyła się nam codzienność
i zniknął zupełnie
- sweter


środa, 31 grudnia 2025

zmarnowany czas


Czy mógłby mi Pan coś oddać?
Właściwie dać od siebie?
Wiem, brzmi dość kuriozalnie
- ale jestem w potrzebie

Pan mówi, że świat jest bezwzględny
i nic już za darmo nie ma
Altruizm wyszedł z mody
a filantropia to ściema

 A jednak powiem Panu
że świat się nie poddaje
i nawet instynkty w przyrodzie
oddają się sobie wzajem

Ludzie? No z ludźmi to bywa różnie
mają swoje przestrzenie
i nie zawsze potrafią
w gęstwinie wokół siebie
rozwiewać innych cienie

Z moją prośbą przybywam
- wydaje mi się, że jest skromna
choć myślę sobie również
że wobec Pana konfuzji
może też być karkołomna

i muszę się przygotować
do drobnych negocjacji
by mnie Pan nie posądzał
o gwałt na dyplomacji

Ja tylko chciałam zapytać
żywiąc odmowy obawę
czy może by Pan się zgodził
- dopuścił się zmarnować
swojego troszkę czasu
- na ze mną sączoną kawę?



wtorek, 30 grudnia 2025

ostatni dzień roku

 


ja sobie będę dalej
pisać te swoje tekściuszki
te krnąbrne słowostwory
i chude małowiersze
- wystraszone patosem
i nawet nie zauważę
gdy sfrunie ostatni dzień
miękko upadnie do stóp
A tamte? wcześniejsze?
większość runęła z hukiem
porozbijały się wdzięcznie
o kanty oczekiwań
- niektóre mi się niestety
zupełnie zapodziały
jak gdyby ich nie było
Nie trzeba ich teraz szukać
zbierać naprawiać sklejać
mogą się porozwiewać
a jutro
przyślą nam wszystkim nowe
cały stos nowych dni
Niech się zapiszą kolorem
niech wydrukują spokojem
- niech się nie gniotą rozpaczą
niech ktoś przybije pieczątki
akceptowalnych marzeń
niech się nie podrą, nie zmażą
niech się wypełnią szkicami
dobrych
niekrzywych
- znaczeń



poniedziałek, 29 grudnia 2025

patrzę sobie w oczy

 


Patrzę sobie w oczy
gdy kłamię
próbuję siebie złapać
- przyłapać na nieścisłości
Czekam na lekkie drgnienie
powieki
kiedy wypowiem garść słów
wystrojonych odświętnie
w niewygodne pozory
Zamykasz mnie w objęciach
sztywnej imaginacji
- dawno straciła miękkość
czuję szorstkość ułudy
Patrzę w twe oczy
gdy kłamiesz
- jesteśmy tacy podobni
Mościmy się wygodnie
w rozchichotanej iluzji
Może
następnym razem
spotkajmy się w miejscu
w którym jesteśmy
- prawdziwi