na samym początku był bezgłos
składałam jakieś słowa
a one spadały pod nogi
jeszcze się podrywały
- i opadały od nowa
a później padał deszcz
stałam mokra w złudzeniach
drżałam, nie czując chłodu
w oczach rósł żar i niepokój
- kroplami łez od niechcenia
noc cicho zapadła nad światem
mrok zsuwał się zboczem góry
schowałam się z lękiem pod kocem
księżyc zaglądał przez ciszę
- rysując milczenia kontury
rano niespiesznie spadł śnieg
spokoju sumienny zastępca
zgubiłam rękawiczkę
więc drżącą z zachwytu dłonią
kreśliłam krzywe serca

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz