Pojawił się nagle, zupełnie niepozorny, przynosząc wyspecjalizowaną nanotechnologię rozświetleń. Rozlał się jasną plamą
na fragmencie, jak gdyby nie chciał być nachalny istnieniem, jak gdyby
przepraszał, że żyje zbyt jasno. Poprzesuwał cienie, przemieszał kolory,
pozaglądał ciekawie w głębie, załomki i wnętrzności, smyknął po gładkościach,
podskoczył na nierównościach. A później poturlał się drobinkami po zaskoczonych
liściach, na kilka sekund rozłożył się blednącą smugą na stole i zniknął, jak
gdyby go nigdy nie było.
Nie to, że się wypalił, nie to, że zbrzydł, że ktoś go
rozmącił w istnieniu tak bardzo, że stał się przezroczysty. Nie to, że się
obraził na świat. Albo że stracił odwagę jaśnienia. Nie to, że chciał się rozpaść,
rozsypać na ziarenka, których się nie da wyzbierać. Nie to, że chciał się
okraść z siebie i wtrącić w zapomnienie.
Odszedł na chwilę, na trzy kroki, by wrócić sobą silniejszym.
Światło nie znika, nawet jeśli przygaśnie na moment, nawet
jeśli na chwilę - zamiast skupiać się pełnią mocy w soczewce równowagi - rozleje
się bladą i nieuporządkowaną plamą na życiu.
Nie znika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz