Obserwatorzy

środa, 31 grudnia 2025

zmarnowany czas


Czy mógłby mi Pan coś oddać?
Właściwie dać od siebie?
Wiem, brzmi dość kuriozalnie
- ale jestem w potrzebie

Pan mówi, że świat jest bezwzględny
i nic już za darmo nie ma
Altruizm wyszedł z mody
a filantropia to ściema

 A jednak powiem Panu
że świat się nie poddaje
i nawet instynkty w przyrodzie
oddają się sobie wzajem

Ludzie? No z ludźmi to bywa różnie
mają swoje przestrzenie
i nie zawsze potrafią
w gęstwinie wokół siebie
rozwiewać innych cienie

Z moją prośbą przybywam
- wydaje mi się, że jest skromna
choć myślę sobie również
że wobec Pana konfuzji
może też być karkołomna

i muszę się przygotować
do drobnych negocjacji
by mnie Pan nie posądzał
o gwałt na dyplomacji

Ja tylko chciałam zapytać
żywiąc odmowy obawę
czy może by Pan się zgodził
- dopuścił się zmarnować
swojego troszkę czasu
- na ze mną sączoną kawę?



wtorek, 30 grudnia 2025

ostatni dzień roku

 


ja sobie będę dalej
pisać te swoje tekściuszki
te krnąbrne słowostwory
i chude małowiersze
- wystraszone patosem
i nawet nie zauważę
gdy sfrunie ostatni dzień
miękko upadnie do stóp
A tamte? wcześniejsze?
większość runęła z hukiem
porozbijały się wdzięcznie
o kanty oczekiwań
- niektóre mi się niestety
zupełnie zapodziały
jak gdyby ich nie było
Nie trzeba ich teraz szukać
zbierać naprawiać sklejać
mogą się porozwiewać
a jutro
przyślą nam wszystkim nowe
cały stos nowych dni
Niech się zapiszą kolorem
niech wydrukują spokojem
- niech się nie gniotą rozpaczą
niech ktoś przybije pieczątki
akceptowalnych marzeń
niech się nie podrą, nie zmażą
niech się wypełnią szkicami
dobrych
niekrzywych
- znaczeń



poniedziałek, 29 grudnia 2025

patrzę sobie w oczy

 


Patrzę sobie w oczy
gdy kłamię
próbuję siebie złapać
- przyłapać na nieścisłości
Czekam na lekkie drgnienie
powieki
kiedy wypowiem garść słów
wystrojonych odświętnie
w niewygodne pozory
Zamykasz mnie w objęciach
sztywnej imaginacji
- dawno straciła miękkość
czuję szorstkość ułudy
Patrzę w twe oczy
gdy kłamiesz
- jesteśmy tacy podobni
Mościmy się wygodnie
w rozchichotanej iluzji
Może
następnym razem
spotkajmy się w miejscu
w którym jesteśmy
- prawdziwi

 


jeszcze

 

jeszcze tylko
umyć
pomidory
podać tabletkę kotu
rozwiesić pranie
zrobić listę spraw
na wczoraj
załamać się dwa razy
popłakać
zapłacić rachunek
za brak energii
wymieść liście z tarasu
zadzwonić do centrali
życia
poprosić o połączenie
z nadzieją
- jest na szkoleniu?
znów się załamać
nie płakać
- krzyczeć
rozrzucać bezradność po kątach
a potem ją pozbierać
przeklinając bałagan
zetrzeć kurze z komody
zamówić środki czystości
i ulgę
odwrócić lustro do ściany
pokroić ogórki w kostkę
i cebulę na piórka
rozpłakać się, bo cebula
a potem płakać dalej
zmienić poszewki poduszek
bo wypada je ubrać
świątecznie
i schować się pod koc
przemyć oczy łzami
- są zawsze wyciśnięte
gotowe do użycia
nie pytać już o sens
może o to
co jutro na obiad
- i jeszcze
umyć
pomidory



czwartek, 25 grudnia 2025

boże narodzenie



o Tobie
która rano wstała
i zrobiła dzieciom śniadanie
o Tobie
która znów komuś zaufała
i odebrała ból
o Tobie
który jesteś samotny
w szumiącym tłumie ludzi
o Tobie
który patrzył bezradnie
na każde bezpowrotne
odejście
choć robił wszystko
by zatrzymywać
o Tobie
która pożegnała na zawsze
ukochanego psa
o Tobie
który upadł
i wstał
ale nie ma już sił by udawać
i kleić do policzków
sztywnych kącików uśmiechu
o Tobie
która jak szal wokół szyi
owijasz ciepłe pozory
bo tak jest łatwiej żyć
- nie trzeba się tłumaczyć
z niezręcznych bezradności
o Tobie
który się teraz uśmiechasz
o Tobie
która dobrze wspominasz
o Tobie
który codziennie piszesz
że dzień dobry i dnia dobrego
o Tobie
która odpowiesz
że może kawa razem
- to o nas wszystkich jest właśnie
Boże Narodzenie
- ten cichy, najcichszy trud
- i zachwyt powszednim cudem
codzienne podążanie
za jasną gwiazdą nadziei  




poniedziałek, 22 grudnia 2025

dzień, który nie pasuje

 

Na mnie ten dzień nie pasuje
przepraszam
uwiera mnie i ciśnie
chciałabym go natychmiast
zwrócić do magazynu
i przymierzyć kolejny
Te lepsze wyprzedane?
No trudno
poczekam na dostawę
Proszę mnie wpisać na listę
W tym czasie będę sobie
chodzić w wygodnej nocy
trochę już rozwleczona
może nawet zniszczona
ale mięciutka i ciepła
Tylko te dni takie sztywne
jakaś wadliwa seria
- konfekcja niekomfortu
do całkowitej przeróbki  



niedziela, 21 grudnia 2025

dojrzałość

 



Dojrzałość to piękna sprawa
- Pan peroruje zasadnie
Kobieta dojrzała jest wiśnią
na torcie męskich pragnień

Pan jednakowoż przesadza
- nie przyznam Panu racji
To wynik moich przekonań
- wnikliwych obserwacji

Świat cały młodością stoi
i kultem jednego szablonu
Kultura ideału
licencji na przekwitanie
i zgody na zwykłe starzenie
już nie wydaje nikomu

Dojrzałość, proszę Pana
proces dramatów zaczyna
bo kurze łapki na skroni
nie są powodem do dumy
- to bardziej zadumy przyczyna

Ale nieważne!
Niech sobie inni będą
gorliwi w młodości łaknieniu
My sobie po cichu będziemy
na wskroś idealni w starzeniu

Życie i tak nas obroni
odsłoni o wiele więcej
niż kiedy młodość szarpała
za niespokojne lejce

W naszej dyskusji konsensus
lepszy od kompromisu
zatem co powie Pan na to?
Nie ma jednego przepisu

na dobre w dojrzałość wchodzenie
na zgodę - dla formalności
Wskazane jest chyba, by żyć
najpiękniej
i coraz dojrzalej
w radosnej serducha młodości



sobota, 20 grudnia 2025

bezNadzieja

 

Minęłam się z nią w drzwiach
zdziwiona podniosła wzrok
chyba leciutko zbladła
do przodu zrobiła krok…

i nagle się odwróciła
mówi: słuchaj, nie chciałam
to wyszło zupełnie niechcący
że tak ci się połamałam

Miałam być blisko ciebie
wiem, klepałyśmy przysięgę
że jak symboliczny tatuaż
w naskórku na zawsze będę

Spojrzałam na nią z rozpaczą
- łza głupia oko szturmuje
Przecież cię miałam przy sobie...
Przecież cię potrzebuję...
Ja chyba bez ciebie nie umiem
ogarnąć tych wszystkich rozstań
i żyć, i kochać, i tęsknić...
Nadziejo...
wróć
pozostań

Nadzieja?
Nie, ja nie jestem Nadzieją
- ja inna znikam ci z oczu
ja, smutku epopeja
ja, brzydka, niechciana druga
spójrz na mnie
- ja
ta twoja
BezNadzieja



środa, 17 grudnia 2025

pamiętam

 


pamiętam rozkład jazdy
autobusu linii 106

i cenę kostki masła
- ze stycznia, z przełomu wieków
i kolor swetra babci
i że się na rękawie popruła jedna nitka
a ja, przytulona, cichutko ją skubałam
gdy mi czytała „Kalinę”
pamiętam stary kran
z którego ciągle kapało
- w dziecięcej wyobraźni
tak brzmiały kroki potwora
pamiętam zapach pościeli
wietrzonej na białym sznurku
i smak babiego chlebka
wyłuskiwanego z liści
rosnących pod starym płotem
pamiętam znaki pamięci
z pasją wyryte cyrklem
na blacie szkolnego stolika
i małe pęknięcie na szybie
w okienku rejestracji
do niemiłego doktora

- dlaczego to wszystko pamiętam?
a nie mogę zatrzymać
Twojego ciepłego spojrzenia
dotyku, gdy mi z czułością
wiązałeś szalik na szyi
- a wiatr nam rozwiewał nadzieje

i Twoich przekornych pretensji
że nie umiem być zołzą
- gdy ja Ci ze śmiechem mówiłam
że się przy Tobie nauczę

Chcę sobie Ciebie przypomnieć

- Ciebie
i miejsce
gdzie odłożyłam klucze


wtorek, 16 grudnia 2025

moja ziemi samotność

tekst konkursowy, 19.12.2025


 1.

Ukołysz mnie swoim ciepłem, pozwól wysłuchać delikatnego szemrania płynącej przez trzewia krwi, niech poczuję pulsowanie serca, które skrywa się pod warstwami pobrużdżonej powłoki ciała, niech mnie zatrzyma twardość kamieni, twojej zewnętrznej skorupy, i miękkość wiosennych traw…

Dziewczynka leżała skulona, na boku, w błotnistej ziemi, przeoranej wcześniej kołami rolniczych maszyn. Jeden but zsunął się nieco z nogi i naga pięta niknęła częściowo w mętnej kałuży, ale mała istota zdawała się tego nie czuć. Cicho płakała. Wyrzucała z siebie wątłe nitki żalu, poczucia niesprawiedliwości, nade wszystko zaś przejmującej samotności, choć przecież była otoczona ludźmi. Pulsował gładki, dziecięcy policzek, wykwitała na nim róża zaczerwienienia, błyszczała w paradoksach piękna, któremu nie wypadało tu być. Krawędzie płatków kwiatu, jak malowana ozdoba, strzępiły się i cieniowały na odcień głębokiej purpury, intensywne pod okiem, nieco bardziej stonowane tuż przy linii żuchwy. Zachwycający kwiat zatwierdzał wyłączność opresji, podpisem na skórze załatwiał pozwolenie na lęk, dekretował ból, i zagarniał przestrzenie naskórka jak opresyjny najeźdźca. Dziecko trzymało dłoń na twarzy, chroniąc swą różę niczym Mały Książę, wiedząc, że nikt w całym wszechświecie nie zapewni ani róży, ani jej samej poczucia bezpieczeństwa, nikt, poza tym skromnym, ledwo zakotwiczonym na wrogiej i obcej planecie ośmioletnim życiem. Mogłaby wstać z gołej ziemi, z tego błotnistego klepiska tuż przy wejściu do stodoły, ale żal i ból zatrzymywały ją  w miejscu, czuła przemożną ochotę stopienia się z torfowym mułem, chciała przytulić się do gleby i stać się z nią jedną strukturą, nie potrafiła jeszcze tej myśli nazwać, w głowie tłukło się tylko: być, być tutaj, być i nie musieć wracać.

 Wstań, mała dziewczynko, przytul swą różę, choć rani cię na wskroś, ukołysz siebie w ramionach, a ja ukołyszę cię sobą, jak chciałaś, ciepłem piasku, który wieczorem oddaje pieszczące go za dnia promienie słoneczne, utulę cię miękkim, puchatym zimnem wolnego od lęku śniegu, spróbuję cię ugłaskać delikatnością świeżej trawy i pachnącą leśną ściółką, z aksamitnymi poduszkami mchu. Wstań…

***

2.

Kobieta trzymała niemowlę w zgięciu ramienia, chłopczyk prężył się i wyginał, mała twarzyczka czerwieniała i szarzała na przemian, usteczka układały się do płaczu, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Drżące ramię matki w pewnym i mocnym uścisku podtrzymywało delikatne ciałko, ale wibracje strachu nie pozwalały się chłopcu odprężyć, nerwowymi impulsami przechodziły od jednej powierzchni skóry do drugiej. Na delikatną główkę, na ciemne, pachnące włoski spadały łzy bezradności, rozmazywały widok, rozpalały się ogniem w gardle. W jeszcze rezonującej krzykiem i rzucanymi przez zęby przekleństwami niepojętej iluzji optycznej, ściany pokoju schodziły się do siebie, jak gdyby w mocnym uścisku chciały zamknąć ten obraz i na zawsze ukryć go przed ciekawskim światem. Za mokrą i słoną kurtyną rozmywał się kadr przewróconych mebli, kanapy, fotela, głucho stukały o siebie metalowe rurki poręczy wyrwane z trzewi betonu. Stopnie schodów pozbawionych balustrady obnażyły surowość ceramicznej powierzchni, na niej niepewnie chwiały się dwie postaci, nastoletni chłopcy, przedwcześnie dojrzali, którym kazano być oprawcami, którym kazano być siłaczami, którym kazano być... "Mamo, kluczyki, mamo, słyszysz? Gdzie są kluczyki...?" - cichy szept jednego z nich szarpiącym ruchem wydobywa matkę spod powierzchni łzawego jeziora, ta spogląda najpierw nieprzytomnie, w upiornym odrętwieniu, ale po chwili rzuca się nerwowo w stronę komody, wyrzuca zawartość stojącego na niej wiklinowego koszyczka, przegarnia dłonią drobiazgi, raz, i drugi... Nie ma... Nie ma kluczyków, nie ma człowieka, który jeszcze przed momentem leżał jak upodlone zwierzę pomiędzy przewróconymi meblami, i... kiedy? Kiedy to się stało, kiedy był ten moment, gdy wstał i na chwiejących się nogach wydobył się z gruzowiska, z tego dzieła zniszczenia, którego sam dokonał? Widziała to przecież, a może jej się śniło, może ten dzień się nie zdarzył, ten śmiech, butelki, znów te butelki... i co ty zrobiłaś, co zrobiłaś, co zrobiłaś??! Na zewnątrz nagle wybrzmiewa dźwięk tłuczonych naczyń, rzucane w ciemność przekleństwa i cichy skowyt ziemi, kobieta go słyszy wyraźnie, gdy ostre krawędzie szkła ranią jej, ziemi, tkanki, gdy przebijają naskórek, gładki i delikatny, dopiero co zarosłego po zimowych odleżynach przydomowego trawnika.

 Ziemio, ja płaczę z tobą, nie umiem cię uratować, nie potrafię zaleczyć twych ran, wyłuskać z nich drobin szkieł... Przyodziałam się w lęk, założyłam na siebie strach, który mi przyrósł do skóry, był ze mną jak tatuaż, jak kawa każdego poranka, jak płacz niemowlęcia, które zbudziło się głodne i z przemoczoną pieluszką, strach jest konturem życia, a w środku gradient cieni na wykrzywionej twarzy, i przewlekła kara milczenia, i pudełka powszechnych tajemnic, w których składam kapitał swojego bezpieczeństwa. Strach maluje wzory farbami niemiłości na śliskiej tkaninie iluzji.
Słyszę twój szept, planeto, słyszę wołanie gdzieś z gwiazd, wychodzę przed dom, na trawnik, bosa i zapłakana, trawa jest mokra i tylko kilka kroków dzieli mnie od pobojowiska, które zrani mi stopy. Za chwilę kropelki krwi połączą się z twoją krwią, z twoich i moich zranień, wspólnym czerwonym barwnikiem zawrzemy kolejne przymierze, a ja bym chciała swój lęk zupełnie już z siebie zdjąć, wyrzucić go z szafy, i życia, już więcej nie przymierzać, i chodzić swobodna po mieście, ze strachu rozebrana jak naga bezwstydnica. 

*** 

3.

- Dobrze, proszę pana. Pan już zapewne smacznie śpi, zatem zaocznie dziękuję za dzisiejszy, skrzący się nieoczywistymi rozmowami dzień. Cenna to dla mnie znajomość w osobie pana. Niewiele mam okazji do tak głębokich, rezonujących we mnie interakcji i żadnych (okazji) do inteligentnych przekomarzań. Wyrażam wdzięczność!

(rano)
- Żeby tak się działo, winna zasadniczo istnieć druga osoba, która jest błyskotliwa, niebanalna i wyrażająca chęć inteligentnych rozmów. Rzadko można spotkać taką kobietę, jak pani. Dawno już nie musiałem tyle się zastanawiać, namyślać i główkować, jak w rozmowie z panią nie wyjść na prostaka, w najlepszym wypadku na malkontenta, a rezultat i tak osiągnąć marny. Życzę udanego dnia.
- Dzień dobry. Stanowczo protestuję, nie dostrzegając marności. Wręcz przeciwnie. No i fakt, wiedźmy są już dawno na wyginięciu, raptem kilka osobników, w tym taka niedoskonała wiedźma, jak ja. I dziękuję, pańska w zasadzie chyba miła wiadomość, oryginalna jak cały jej autor, zadziałała jak poranny łyk kawy, po którym krew zaczyna krążyć szybciej, rośnie poziom słodyczy i apetyt na śniadanie.

- Apetytów zgłaszałbym więcej. Kłaniam.

*

- Dzień dobry. Dziękuję za wiadomość, za kwiatek muzyczny z rana, odsłuchałam z przyjemnością. Miłego dnia!

- Dziękuję, cała przyjemność po mojej mrocznej stronie, wzajemnie, dobrego!

- Ależ proszę mi tę przyjemność oddać natychmiast i na swoją stronę nie przeciągać.

- Oddaję, ale nic za darmo. Chcę wiedzieć, co robisz.

- Będziesz rozczarowany, bo nie czytam mądrej książki, nie piszę kolejnego małowiersza, którego nikt nie przeczyta, nie zatrzymuję fascynujących kadrów jednego małego listka w moim kochanym lesie… Przeglądam social media, cały ten teatr kłamstw, korowód wielkich oszustw, i czuję się z tym potwornie, a jednak nadal to robię.

- No tak, wszyscy uzależniamy się od tych małych łyczków dopaminy, z których zbiera się cały sagan social-mediowego wywaru. To jest takie bezwartościowe, mielenie w kółko tego samego…Pozory bycia z ludźmi, a to tylko jakiś rachityczny substytut instynktu stadnego.

- Jesteś mądry.

- Tylko z tobą, przy tobie. 

*

- Ciężko się od Ciebie odkleić, uwielbiam nasze pisanie. Kiedyś to wszystko zbiorę i napiszę o tym książkę.

- Powinnaś pisać, wiesz o tym.

- Póki co muszę wyjść w swój zimny, smutny świat, nie chcę, wolę być tutaj, z tobą. Wychodzenie z naszego małego zakątka jest jak wyjście z ciepłego domu w listopadowy ziąb.

- Nawzajem, nie lubię pisać wiadomości, pisanie mnie męczy, a do ciebie stukam kilometry słów.

- Idę.

- Wychodzisz tak już od 20 minut. Może ty już wróciłaś i jeszcze o tym nie wiesz?

- Tak, jest taka opcja. 

*

- A więc pachniesz mandarynką i wanilią, masz 169 centymetrów wzrostu, ciemne oczy, ciemne włosy, lubisz dżinsy.

- A ty? Co warto wiedzieć o tobie?

- Ja jestem mało ciekawą figurą.

- O, nie zgodzę się.

- Co ty tam możesz wiedzieć… 184 wzrostu, prawie łysy, a to, co zostało – to siwe. Przeważnie nosi trzydniowy zarost. Chodzi w dresach, koszule wiszą w szafie, bo nie ma gdzie się w nich pokazać. Stary smutas. Do tego ślepy. Jak mi coś nie wychodzi, to jestem nerwus.

- I spadł ideał z piedestału.

- Wielki czas. Idealizujesz mnie, jestem przerażająco przeciętną istotą.

- Tak, do tego skromną, nieprzeciętnie inteligentną, z poczuciem humoru, jakie lubię, słuchającą dobrej muzyki, dużo czytającą. Ponadto istota ta, osobnik na wskroś oryginalny, napisał książkę, kocha psy, a one jego.

- O kim ty mówisz?

- Nie skończyłam. Jest świetnym rozmówcą, bo się go świetnie słucha, na pewno jest świetnym liderem, bo rządził ludźmi, na pewno jest dobrym organizatorem, bo prowadził restaurację. Lubi przyrodę, piękne miasta i zna się na ludziach.

- Wiedźma.

- Dziękuję, najlepszy komplement.

*

- Jesteś w pracy, nie będę Ci przeszkadzać, chciałam tylko..., bo wiesz, skończyłam czytać… No więc tak tylko chciałam wdrapać się na piętro, zapukać do drzwi, powiedzieć: „dzień dobry, napisał pan świetną książkę”, i zbiec po schodach na zatłoczoną ulicę swojego świata.

- Nie mam na to odpowiedzi. Piszesz, jak istniejesz - pięknie.

* 

- Nie chcę już żyć w wiecznym lęku i napięciach.

- Trudna i odważna decyzja. Czytałaś „Purezento” Joanny Bator? Jest to historia klejenia porcelanowych filiżanek, talerzy… A tak naprawdę to metafora naszego życia. Są pewne rzeczy, których nie da się skleić, nie da się zlikwidować zarysowań, wypełnić braków. Niektórym rzeczom trzeba pozwolić się rozpaść.

- Dziękuję za tę metaforę. Takie to prawdziwe… 

*

- Czy już cię oplotły ramiona Morfeusza? Czy słodkie driady przygotowywały ci miękkie posłanie w gałęziach drzewa marzeń sennych i ukołysały cię czule do snu, w którym fantazje niczym wszędobylskie świetliki plączą się między liśćmi, zacierając granicę między marzeniem, a jawą, między słodkim i nieprzytomnym, rozkosznym otumanieniem, a szarą okrutną rzeczywistością?

- Byłem na ostatnich oczach. Moje powieki już wyłamywały ostatnie wykałaczki. 

* 

- Boję się, że zmienisz o mnie zdanie. Że zadajesz się z jakimś…
- Z normalnym facetem? Nie, nie zmienię. W sumie nie jesteś normalnym facetem, jesteś bystrym drapieżcą.
- Nie wywołuj wilka z lasu.
- Uwielbiam wilki, mam wiele wilczych gadżetów wokół siebie. Tak więc tym mnie nie przestraszysz, cokolwiek by ten wilk oznaczał.
- I ponownie mnie zaskakujesz...Wygląda na to, że nasza znajomość winduje na inny poziom.
- Wiadomo, co stoi w miejscu, to się nie rozwija, a co się nie rozwija, to się cofa. Rozwój jest wpisany w każdą relację, która po prostu sobie jest, która fajnie trwa i ma potencjał na jakieś "dalej”. Pytanie tylko, w którą stronę ten rozwój postępuje. Następne pytanie - czy jeśli dochodzi do pewnych zbliżeń emocjonalnych, a skoro piszemy sobie o dość intymnych sprawach to jest to poziom emocji na pewno, to czy przyjaźń, czy pozostawanie w niewinnej friend-zone jest możliwe? Co jeśli nie?

Zostawiam cię z tym pytaniem, idę pod prysznic.

- Idź. Jesteś diabelnie (wiedźmowato) inteligentna kobieta. 

*

- Mało tego czasu, mało… - powiedziała zamyślona, wpatrując się w linie horyzontu, gdzie powierzchnia morza była zaskakująco spokojna i nie nosiła żadnych znamion szaleństwa, w przeciwieństwie do tłuczącej się falami wody tuż przy brzegu, która wpadała w hipomaniakalny trans. 

- Wszystko zależy od tego, do czego ten czas ci potrzebny –  spojrzał na nią z boku, w ciemnoniebieskich oczach czaiła się pogoda i pełna spokoju czułość… Siedzieli na ciepłej plaży, tuż przed zachodem słońca, nagie stopy wsunęli w piasek, który, ciągle rozgrzany, nie zamierzał łatwo oddawać swego lipcowego ducha.

- No tak, oczywiście, dlatego, w związku z tym, że mogę przypuszczać, do czego jest mi potrzebny czas z tobą, twierdzę, że mało.

- Tak. Mało mamy czasu na nas, choć każde z nas osobno miało mnóstwo czasu na to, żeby spróbować się odnaleźć. Nawet w tych zupełnie różnych wszechświatach.

- Więcej już chyba nie uda nam się wydrzeć. Ty jesteś samotny w swoim tłumie, ja – w swoim. I ten tłum nas w dodatku rozdziela. Czasem na moment znajdziemy drogę do siebie i wtedy kradniemy kilka chwil, po czym musimy znów wracać w tłum. Samotnym w tłumie i tak raźniej jest być we dwoje. Wierzysz w przeznaczenie? W to, że tak miało być, bo nigdy nie udałoby się nam być razem?

- Nie wierzę, właściwie w mało co już wierzę, musiałbym się naprawdę głęboko zastanowić.

- Ja też. Wygląda na to, że książki odebrały nam wiarę.

- To nic niezwykłego. Kiedy poszerza się horyzonty, siłą rzeczy wzrasta świadomość.

- Mamy świadomość, że spóźniliśmy się na nas.

- Może to świat się spóźnił, nie my, może jeszcze…

- Ciii… Nie mów już. Bądźmy.

 Objęciem ramion, delikatną pieszczotą dłoni, spojrzeniami, które nie suną po powierzchni, a zanurzają się i zmierzają w najodleglejsze głębiny świadomości, ziemia kołysała oboje; ich, rozpaczliwie osobnych, choć stworzonych do systemowych połączeń; ich, niesłusznie skazanych, niesprawiedliwie sądzonych, z narzuconym z góry zakazem przebywania w swoich stęsknionych  sercach, w których pustka odbijała się echem przez szereg zimnych lat. Przez drżące z emocji dłonie przesypywały się ziarenka plażowego piasku, nabierała go w dłonie, pozwalała swobodnie zsuwać się po palcach, wzdłuż nadgarstka, fragmentem przedramienia. Zanim ostatnie ziarenko piasku dotknęło pozostałych, zanim połączyło się z innymi i wtopiło się zupełnie w niepoliczalny kres – rozwiewał je cichy wiatr i kazał nieść się dalej. Dłonie stawały się puste, a słońce niknęło niespiesznie, tonąc w ciemniejącej toni.  Jak się z tą pustką pogodzić, jak ją wypełnić sensem, dopełnić zakochaniem, które nie będzie karą…

 Domyślam się, że nie chciałaś, nie miałaś w planach tej pustki, sama jesteś bogactwem, kompletnym wypełnieniem, tuliłaś dziecięcą rozpacz i ostre szkła dorosłości, zawsze gotowa podtrzymać, rozesłać miękkość traw, bym uniknęła skaleczeń, i próbowałaś zapobiec utracie wszystkich ziarenek złotego, morskiego piasku. Stoję na skrawku ciebie, pod niebem pełnym gwiazd, samotna jak jasny księżyc, jak smutne, nieśmiałe słońce, jak ty..., zupełnie jak ty samotna… Zamykam się w ramionach uściskiem ciepłego zmierzchu, w kieliszku białego wina próbuję złapać myśl, która się tłucze jak ptak pomiędzy ściankami szkła. Łapię ją w pierwszym łyku , nie można jej odczytać, nie rozumiem przekazu, a może to ten wieczór i ta chwila lubieżna, i to pragnienie spełnienia. Czuję już tylko ciepło i rozmarzoną senność. Rozwieram szybko dłoń, w trawę spadają cicho białe kapsułki rozpaczy, a ty je zamykasz ciemnością.

 

 

poniedziałek, 15 grudnia 2025

cisza

 


Nad ranem cisza nabrzmiewa
pęcznieje w milczeniu pytań
lekko się tylko różowi
niebem na horyzoncie
w codziennym trudzie wschodu
Bo niebo
jak cisza
nieznośnie jest krępujące
i pełne dylematów
Gdy cisza pęknie porankiem
wysypią się odpowiedzi
- może odnajdę swoją
gdzieś między deszczem łez
a zachodem nadziei



usta

 


Twe usta jak miękki horyzont
otwarta przestrzeń na słowa
Zbieram je wszystkie z nadzieją
że ich nie zdążysz schować

Że nie ukryjesz przede mną
lekkich muśnięć czułością
Że w pocałunku chłodnym
nie dotkniesz obojętnością

Twe usta jak miękki horyzont
rozkoszny łuk rozmarzenia
Nie mogę się w nim zatracić
- nie zmienię przeznaczenia


 

prawdziwi ludzie

 


Nie
chyba się z Panem nie zgodzę
że świat tonie w fałszu banale
że ludzi ładnych już nie ma
a pięknych całością - wcale

I zgoda
trudno znad maski filtrów
botoksu, wygładzeń, upiększeń
udawań i małych kłamstewek
odnaleźć na prawdę przestrzeń

i czasem trzeba samemu
stworzyć szablon zgodności
i filtr przykryć swoim filtrem
- ile w tym sensu? Słuszności?

Pan mówi, że świat tak nam każe
że łatwiej jest naśladować
i fikcję jak czapkę zakładać
a siebie w głąb siebie schować

To chyba jest tak właściwie
że trudno jest być prawdziwym
- łatwiej pod maską ułudy
zaprzeczyć, że jest się wrażliwym

Wrażliwym, a może niepewnym?
Pan widzi, że zła tam też kącik?
- wszystko co jest do ukrycia
najlepiej pod plastik wtrącić

Ludzie na wskroś plastikowi
o własną cenę pytają
na zdjęcia z warstwami filtrów
uśmiechy, jak metki, wpinają

Wszyscy są tacy sami
- dopasowanie nie drażni
Autentycznymi są w życiu
tylko naprawdę odważni

Lecz co z tym pięknem, mój Panie?
Gdzie prawdziwego szukać?
Gdzie radość, ufność, swoboda?
Gdzie mieszka prawda? W ludziach?

W ludziach, czy w przebierańcach?
- wydaje się być całkiem pewne
że gdy się jest pięknym człowiekiem
przebranie nie jest potrzebne

I tu bym się z Panem zgodziła
że pozór się wije w obłudzie
Pan zatem wie, gdzie mieszkają
niezbyt obłudni
prawdziwi
zwyczajnie piękni ludzie?



niedziela, 14 grudnia 2025

niedopasowani

 




Po ulicach
niezbyt skromnie
i bezczelnie między nami
chodzą sobie jak po swoim
wszyscy niedopasowani

Za nic mają konwenanse
za nic normy i zasady
gorszą sobą otoczenie
dziwni, inni - do przesady! 

My rozsądek - oni śmieszki
my szarości – oni bielsze
my dwa buty – oni kapcie
my ustawy – oni wiersze!

W nich muzyka gra od rana
gdy w nas dzwony powinności
i nad ziemią się unoszą…
Mają jakieś lżejsze kości?

Coś z tym trzeba zrobić zaraz
póki są nierozpoznani
irytują swoim szczęściem
Straszni! Niedopasowani!

Cii…
niech dalej gra muzyka
wiersze piszą się bez końca
Wiem, że jesteś z nimi w zmowie
i ja też…
niepasująca



sobota, 13 grudnia 2025

samotność


Samotność trwała sto lat
i ani słowa dłużej
- niespiesznym ust dotykiem
ciepłą pieszczotą oczu
lekką mgiełką oddechu
niecierpliwością ramion
kaskadą zrozumienia w wiecznym splątaniu dłoni
Chcieliśmy się gdzieś zaplątać
gdzieś zawieruszyć światu
i zgubić codzienności
Wyszliśmy przez bramę pokusy
a księżyc się nami zawstydził
- nagością współodczuwania
negliżem naszych słów
W ciemnościach poznawania kluczyliśmy niewzroczni
po korytarzach wieczoru
szukając schowka na miłość. 

W oknie odbijał się granat,
soczysty jak twoja niepewność
z pestkami mojego zachwytu

Samotność trwała sto lat
i ani szeptu dłużej


wtorek, 9 grudnia 2025

tok myślenia

 


Ktoś ukradł mi tok rozważania
- myślałam że tok jest bezpieczny
A on się dał zwinąć jak pomysł
kompletnie niedorzeczny

Pomysł zgubiłam niechcący
gdy się pobiłam z myślami
Wypadł z dziurawej kieszeni
gdy myśli wiązały pętlami

Myśli pobiegły potem
Poszarpać się trochę z rozsądkiem
Czy myśl mogłaby myśleć rozsądnie?
Czy może być wątku początkiem? 

Wątek powiedział że spada
traci się w oka mgnieniu
Rozsupłać chciał pęk wątpliwości
a one schowały się w cieniu

I gdy rozpadła się całkiem
umysłu demokracja
gdy poszła sobie konkluzja
- do jaźni wkroczyła racja

Nie była to racja zwyczajna
w dodatku z sensem w zmowie
Upiorna święta racja! 

- zostałam z pustką w głowie



 

sobota, 6 grudnia 2025

tajemnica

 


Tak, proszę Pana, to prawda
świat bywa zachwycający
świat bywa niezwykle prosty
w prostocie - olśniewający

Światem się można upoić
- niech Pan mnie do tańca poprosi!
Świat będzie z nami wirował
na skrzydłach obietnic nas nosił

Obietnic? Czy może wiary?
że nie stracimy wzroku
że w każdym szaleństwie
jak w tańcu
nie pomylimy kroków

Uderzy do głowy jak wino
- Pan mi w tych pląsach i świat
Może się w nim zakochamy
i w sobie
bez planu na limit zdrad 

Pan mówi, że świat to też ludzie
na innych też warto poczekać
Pan wie, że ludzi wciąż dużo?
A coraz mniej człowieka

Nie szkodzi
Pan się powzrusza ze mną
- jak pięknie przysiadły dziś mgły
i dzień się kończy bez fanfar
i w grację się stroją ćmy

Spadł liść nam prosto pod nogi
drżał wcześniej w chłodzie jesieni
- Pan schowa mą dłoń w ciepłej swojej
i mnie, do swojej kieszeni

To wszystko będzie na nic
i miłość - jak zmarnowana
jeśli się dłonie rozłączą
i już się nie znajdą do rana

Zostańmy w swych zapatrzeniach
niech przyszłość jest tajemnicą
jutro jest zawsze zagadką
i nigdy - obietnicą

 

 

 

czwartek, 4 grudnia 2025

zamknięcie


 

wiesz
to nie całkiem tak
że trzeba wyjaśnić wszystko
można też siebie zabrać
opuścić pobojowisko 

są skrzydła bez mocy latania
są liście wiecznie zielone
mogą być słowa bez racji
i mroki nierozjaśnione 

gdy się potłukły nadzieje
odłamki ranią do krwi
nie trzeba po tym stąpać
- mniej boli
zamknięcie drzwi


środa, 3 grudnia 2025

myśl

 

ta jedna w głowie myśl
natrętna
bolesna
ranna ciągłym szarpaniem
umysłu
ta jedna myśl
która się tłucze po kątach
która nie myśli wyjść
i której nie można wyrzucić
za drzwi
ta jedna myśl
przywiązana do bólu
wątłą tasiemką żalu
Może w końcu zaśnie
nad ranem
przemyję ją resztką łez
opatrzę bezradnością
przykryję
swoją nieporadną
- miłością


wtorek, 2 grudnia 2025

pion

Żeby się nam - jeszcze chciało
tak jak się nam - nie chce już
Żeby nam było za mało
Żeby za wąsko i zbyt wzdłuż

Żeby nam było za biednie
gdy wokół wszędzie bogato
Żeby nam było za zimno
gdy skwarem wdziera się lato 

Żeby nam uszło powietrze
z balonu zawziętych chęci
I żeby nas to wkurzało
że sflaczał stan pamięci 

Żeby nas siła zawiodła
- żebyśmy to chcieli wyjaśnić
Żebyśmy poszli do głowy
ostatnią apatię namaścić 

Żeby nam się konstrukcja
wybitnie rozsypała
Bo kiedy się bycie rozpada
i wszystko daje ciała 

i kiedy się w poziom zjeżdża
do piwnicznego bastionu
to życie kpiąco spogląda
i wielce lekceważąco

- za szmaty stawia do pionu 



poniedziałek, 1 grudnia 2025

poczekaj

 

poczekaj
nie odchodź jeszcze
zostaw na chwilę siebie
w przestrzeni moich
zapatrzeń
Zdążymy się jeszcze poskładać
kawałek po kawałku
oddam Ci swoje zachwyty
a Ty mnie – kubek z kotem
Nie musisz być twardzielem
Nie musisz być nawet silny
Nie musisz udowadniać
że wtedy miałeś rację
nikomu nic nie musisz
nikomu nie jesteś winien
nikomu
- poza sobą
Splecione palce
na chwilę
łączą przerwaną myśl
- jak ciepło mi w Twojej dłoni
Zobaczysz
to będzie proste
gdy postawimy granice
zedrzemy oczekiwania
zburzymy wszystkie iluzje
i zabierzemy siebie
z każdej szkodliwej relacji
a później
będziemy się gapić
- na chmury
dwie naprawione dusze
na wolnej emigracji