tekst konkursowy, 19.12.2025
Ukołysz
mnie swoim ciepłem, pozwól wysłuchać delikatnego szemrania płynącej przez
trzewia krwi, niech poczuję pulsowanie serca, które skrywa się pod warstwami
pobrużdżonej powłoki ciała, niech mnie zatrzyma twardość kamieni, twojej
zewnętrznej skorupy, i miękkość wiosennych traw…
Dziewczynka leżała skulona, na boku, w błotnistej ziemi, przeoranej wcześniej kołami rolniczych maszyn. Jeden but zsunął się nieco z nogi i naga pięta niknęła częściowo w mętnej kałuży, ale mała istota zdawała się tego nie czuć. Cicho płakała. Wyrzucała z siebie wątłe nitki żalu, poczucia niesprawiedliwości, nade wszystko zaś przejmującej samotności, choć przecież była otoczona ludźmi. Pulsował gładki, dziecięcy policzek, wykwitała na nim róża zaczerwienienia, błyszczała w paradoksach piękna, któremu nie wypadało tu być. Krawędzie płatków kwiatu, jak malowana ozdoba, strzępiły się i cieniowały na odcień głębokiej purpury, intensywne pod okiem, nieco bardziej stonowane tuż przy linii żuchwy. Zachwycający kwiat zatwierdzał wyłączność opresji, podpisem na skórze załatwiał pozwolenie na lęk, dekretował ból, i zagarniał przestrzenie naskórka jak opresyjny najeźdźca. Dziecko trzymało dłoń na twarzy, chroniąc swą różę niczym Mały Książę, wiedząc, że nikt w całym wszechświecie nie zapewni ani róży, ani jej samej poczucia bezpieczeństwa, nikt, poza tym skromnym, ledwo zakotwiczonym na wrogiej i obcej planecie ośmioletnim życiem. Mogłaby wstać z gołej ziemi, z tego błotnistego klepiska tuż przy wejściu do stodoły, ale żal i ból zatrzymywały ją w miejscu, czuła przemożną ochotę stopienia się z torfowym mułem, chciała przytulić się do gleby i stać się z nią jedną strukturą, nie potrafiła jeszcze tej myśli nazwać, w głowie tłukło się tylko: być, być tutaj, być i nie musieć wracać.
***
2.
Kobieta
trzymała niemowlę w zgięciu ramienia, chłopczyk prężył się i wyginał, mała
twarzyczka czerwieniała i szarzała na przemian, usteczka układały się do
płaczu, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Drżące
ramię matki w pewnym i mocnym uścisku podtrzymywało delikatne ciałko, ale
wibracje strachu nie pozwalały się chłopcu odprężyć, nerwowymi impulsami
przechodziły od jednej powierzchni skóry do drugiej. Na delikatną główkę, na
ciemne, pachnące włoski spadały łzy bezradności, rozmazywały widok, rozpalały
się ogniem w gardle. W jeszcze rezonującej krzykiem i rzucanymi przez zęby
przekleństwami niepojętej iluzji optycznej, ściany pokoju schodziły się do
siebie, jak gdyby w mocnym uścisku chciały zamknąć ten obraz i na zawsze ukryć
go przed ciekawskim światem. Za mokrą i słoną kurtyną rozmywał się kadr
przewróconych mebli, kanapy, fotela, głucho stukały o siebie metalowe rurki
poręczy wyrwane z trzewi betonu. Stopnie schodów pozbawionych balustrady
obnażyły surowość ceramicznej powierzchni, na niej niepewnie chwiały się dwie
postaci, nastoletni chłopcy, przedwcześnie dojrzali, którym kazano być
oprawcami, którym kazano być siłaczami, którym kazano być... "Mamo,
kluczyki, mamo, słyszysz? Gdzie są kluczyki...?" - cichy szept jednego z
nich szarpiącym ruchem wydobywa matkę spod powierzchni łzawego jeziora, ta
spogląda najpierw nieprzytomnie, w upiornym odrętwieniu, ale po chwili rzuca
się nerwowo w stronę komody, wyrzuca zawartość stojącego na niej wiklinowego
koszyczka, przegarnia dłonią drobiazgi, raz, i drugi... Nie ma... Nie ma
kluczyków, nie ma człowieka, który jeszcze przed momentem leżał jak upodlone
zwierzę pomiędzy przewróconymi meblami, i... kiedy? Kiedy to się stało, kiedy
był ten moment, gdy wstał i na chwiejących się nogach wydobył się z gruzowiska,
z tego dzieła zniszczenia, którego sam dokonał? Widziała to przecież, a może
jej się śniło, może ten dzień się nie zdarzył, ten śmiech, butelki, znów te
butelki... i co ty zrobiłaś, co zrobiłaś, co zrobiłaś??! Na zewnątrz nagle
wybrzmiewa dźwięk tłuczonych naczyń, rzucane w ciemność przekleństwa i cichy
skowyt ziemi, kobieta go słyszy wyraźnie, gdy ostre krawędzie szkła ranią jej,
ziemi, tkanki, gdy przebijają naskórek, gładki i delikatny, dopiero co
zarosłego po zimowych odleżynach przydomowego trawnika.
Słyszę twój szept, planeto, słyszę wołanie gdzieś z
gwiazd, wychodzę przed dom, na trawnik, bosa i zapłakana, trawa jest mokra i
tylko kilka kroków dzieli mnie od pobojowiska, które zrani mi stopy. Za chwilę
kropelki krwi połączą się z twoją krwią, z twoich i moich zranień, wspólnym
czerwonym barwnikiem zawrzemy kolejne przymierze, a ja bym chciała swój lęk
zupełnie już z siebie zdjąć, wyrzucić go z szafy, i życia, już więcej nie
przymierzać, i chodzić swobodna po mieście, ze strachu rozebrana jak naga
bezwstydnica.
***
3.
- Dobrze, proszę pana. Pan już zapewne smacznie śpi,
zatem zaocznie dziękuję za dzisiejszy, skrzący się nieoczywistymi rozmowami
dzień. Cenna to dla mnie znajomość w osobie pana. Niewiele mam okazji do tak
głębokich, rezonujących we mnie interakcji i żadnych (okazji) do inteligentnych
przekomarzań. Wyrażam wdzięczność!
(rano)
- Żeby tak się działo, winna zasadniczo istnieć druga osoba, która jest
błyskotliwa, niebanalna i wyrażająca chęć inteligentnych rozmów. Rzadko można
spotkać taką kobietę, jak pani. Dawno już nie musiałem tyle się zastanawiać,
namyślać i główkować, jak w rozmowie z panią nie wyjść na prostaka, w
najlepszym wypadku na malkontenta, a rezultat i tak osiągnąć marny. Życzę
udanego dnia.
- Dzień dobry. Stanowczo protestuję, nie dostrzegając marności. Wręcz
przeciwnie. No i fakt, wiedźmy są już dawno na wyginięciu, raptem kilka
osobników, w tym taka niedoskonała wiedźma, jak ja. I dziękuję, pańska w
zasadzie chyba miła wiadomość, oryginalna jak cały jej autor, zadziałała jak
poranny łyk kawy, po którym krew zaczyna krążyć szybciej, rośnie poziom
słodyczy i apetyt na śniadanie.
- Apetytów zgłaszałbym więcej. Kłaniam.
*
- Dzień dobry. Dziękuję za wiadomość, za kwiatek muzyczny
z rana, odsłuchałam z przyjemnością. Miłego dnia!
- Dziękuję, cała przyjemność po mojej mrocznej stronie,
wzajemnie, dobrego!
- Ależ proszę mi tę przyjemność oddać natychmiast i na
swoją stronę nie przeciągać.
- Oddaję, ale nic za darmo. Chcę wiedzieć, co robisz.
- Będziesz rozczarowany, bo nie czytam mądrej książki,
nie piszę kolejnego małowiersza, którego nikt nie przeczyta, nie zatrzymuję
fascynujących kadrów jednego małego listka w moim kochanym lesie… Przeglądam
social media, cały ten teatr kłamstw, korowód wielkich oszustw, i czuję się z
tym potwornie, a jednak nadal to robię.
- No tak, wszyscy uzależniamy się od tych małych łyczków
dopaminy, z których zbiera się cały sagan social-mediowego wywaru. To jest
takie bezwartościowe, mielenie w kółko tego samego…Pozory bycia z ludźmi, a to
tylko jakiś rachityczny substytut instynktu stadnego.
- Jesteś mądry.
- Tylko z tobą, przy tobie.
*
- Ciężko się od Ciebie odkleić, uwielbiam nasze pisanie.
Kiedyś to wszystko zbiorę i napiszę o tym książkę.
- Powinnaś pisać, wiesz o tym.
- Póki co muszę wyjść w swój zimny, smutny świat, nie
chcę, wolę być tutaj, z tobą. Wychodzenie z naszego małego zakątka jest jak
wyjście z ciepłego domu w listopadowy ziąb.
- Nawzajem, nie lubię pisać wiadomości, pisanie mnie
męczy, a do ciebie stukam kilometry słów.
- Idę.
- Wychodzisz tak już od 20 minut. Może ty już wróciłaś i
jeszcze o tym nie wiesz?
- Tak, jest taka opcja.
*
- A więc pachniesz mandarynką i wanilią, masz 169
centymetrów wzrostu, ciemne oczy, ciemne włosy, lubisz dżinsy.
- A ty? Co warto wiedzieć o tobie?
- Ja jestem mało ciekawą figurą.
- O, nie zgodzę się.
- Co ty tam możesz wiedzieć… 184 wzrostu, prawie łysy, a
to, co zostało – to siwe. Przeważnie nosi trzydniowy zarost. Chodzi w dresach,
koszule wiszą w szafie, bo nie ma gdzie się w nich pokazać. Stary smutas. Do
tego ślepy. Jak mi coś nie wychodzi, to jestem nerwus.
- I spadł ideał z piedestału.
- Wielki czas. Idealizujesz mnie, jestem przerażająco
przeciętną istotą.
- Tak, do tego skromną, nieprzeciętnie inteligentną, z
poczuciem humoru, jakie lubię, słuchającą dobrej muzyki, dużo czytającą.
Ponadto istota ta, osobnik na wskroś oryginalny, napisał książkę, kocha psy, a
one jego.
- O kim ty mówisz?
- Nie skończyłam. Jest świetnym rozmówcą, bo się go
świetnie słucha, na pewno jest świetnym liderem, bo rządził ludźmi, na pewno
jest dobrym organizatorem, bo prowadził restaurację. Lubi przyrodę, piękne
miasta i zna się na ludziach.
- Wiedźma.
- Dziękuję, najlepszy komplement.
*
- Jesteś w pracy, nie będę Ci przeszkadzać, chciałam
tylko..., bo wiesz, skończyłam czytać… No więc tak tylko chciałam wdrapać się
na piętro, zapukać do drzwi, powiedzieć: „dzień dobry, napisał pan świetną
książkę”, i zbiec po schodach na zatłoczoną ulicę swojego świata.
- Nie mam na to odpowiedzi. Piszesz, jak istniejesz - pięknie.
*
- Nie chcę już żyć w wiecznym
lęku i napięciach.
- Trudna i odważna decyzja.
Czytałaś „Purezento” Joanny Bator? Jest to historia klejenia porcelanowych
filiżanek, talerzy… A tak naprawdę to metafora naszego życia. Są pewne rzeczy,
których nie da się skleić, nie da się zlikwidować zarysowań, wypełnić braków.
Niektórym rzeczom trzeba pozwolić się rozpaść.
- Dziękuję za tę metaforę. Takie to prawdziwe…
*
- Czy już cię oplotły ramiona Morfeusza? Czy słodkie
driady przygotowywały ci miękkie posłanie w gałęziach drzewa marzeń sennych i
ukołysały cię czule do snu, w którym fantazje niczym wszędobylskie świetliki
plączą się między liśćmi, zacierając granicę między marzeniem, a jawą, między
słodkim i nieprzytomnym, rozkosznym otumanieniem, a szarą okrutną
rzeczywistością?
- Byłem na ostatnich oczach. Moje powieki już wyłamywały ostatnie wykałaczki.
*
- Boję się, że zmienisz o mnie
zdanie. Że zadajesz się z jakimś…
- Z normalnym facetem? Nie, nie zmienię. W sumie nie jesteś normalnym facetem,
jesteś bystrym drapieżcą.
- Nie wywołuj wilka z lasu.
- Uwielbiam wilki, mam wiele wilczych gadżetów wokół siebie. Tak więc tym mnie
nie przestraszysz, cokolwiek by ten wilk oznaczał.
- I ponownie mnie
zaskakujesz...Wygląda na to, że nasza znajomość winduje na inny poziom.
- Wiadomo, co stoi w miejscu, to się nie rozwija, a co się nie rozwija, to się
cofa. Rozwój jest wpisany w każdą relację, która po prostu sobie jest, która
fajnie trwa i ma potencjał na jakieś "dalej”. Pytanie tylko, w którą
stronę ten rozwój postępuje. Następne pytanie - czy jeśli dochodzi do pewnych
zbliżeń emocjonalnych, a skoro piszemy sobie o dość intymnych sprawach to jest
to poziom emocji na pewno, to czy przyjaźń, czy pozostawanie w niewinnej
friend-zone jest możliwe? Co jeśli nie?
Zostawiam cię z tym pytaniem, idę pod prysznic.
- Idź. Jesteś diabelnie (wiedźmowato) inteligentna
kobieta.
*
- Mało tego czasu, mało… - powiedziała zamyślona,
wpatrując się w linie horyzontu, gdzie powierzchnia morza była zaskakująco
spokojna i nie nosiła żadnych znamion szaleństwa, w przeciwieństwie do
tłuczącej się falami wody tuż przy brzegu, która wpadała w hipomaniakalny
trans.
- Wszystko zależy od tego, do czego ten czas ci potrzebny
– spojrzał na nią z boku, w
ciemnoniebieskich oczach czaiła się pogoda i pełna spokoju czułość… Siedzieli
na ciepłej plaży, tuż przed zachodem słońca, nagie stopy wsunęli w piasek,
który, ciągle rozgrzany, nie zamierzał łatwo oddawać swego lipcowego ducha.
- No tak, oczywiście, dlatego, w związku z tym, że mogę
przypuszczać, do czego jest mi potrzebny czas z tobą, twierdzę, że mało.
- Tak. Mało mamy czasu na nas, choć każde z nas osobno
miało mnóstwo czasu na to, żeby spróbować się odnaleźć. Nawet w tych zupełnie
różnych wszechświatach.
- Więcej już chyba nie uda nam się wydrzeć. Ty jesteś
samotny w swoim tłumie, ja – w swoim. I ten tłum nas w dodatku rozdziela.
Czasem na moment znajdziemy drogę do siebie i wtedy kradniemy kilka chwil, po
czym musimy znów wracać w tłum. Samotnym w tłumie i tak raźniej jest być we
dwoje. Wierzysz w przeznaczenie? W to, że tak miało być, bo nigdy nie udałoby
się nam być razem?
- Nie wierzę, właściwie w mało co już wierzę, musiałbym
się naprawdę głęboko zastanowić.
- Ja też. Wygląda na to, że książki odebrały nam wiarę.
- To nic niezwykłego. Kiedy poszerza się horyzonty, siłą
rzeczy wzrasta świadomość.
- Mamy świadomość, że spóźniliśmy się na nas.
- Może to świat się spóźnił, nie my, może jeszcze…
- Ciii… Nie mów już. Bądźmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz