Obserwatorzy

wtorek, 16 grudnia 2025

moja ziemi samotność

tekst konkursowy, 19.12.2025


 1.

Ukołysz mnie swoim ciepłem, pozwól wysłuchać delikatnego szemrania płynącej przez trzewia krwi, niech poczuję pulsowanie serca, które skrywa się pod warstwami pobrużdżonej powłoki ciała, niech mnie zatrzyma twardość kamieni, twojej zewnętrznej skorupy, i miękkość wiosennych traw…

Dziewczynka leżała skulona, na boku, w błotnistej ziemi, przeoranej wcześniej kołami rolniczych maszyn. Jeden but zsunął się nieco z nogi i naga pięta niknęła częściowo w mętnej kałuży, ale mała istota zdawała się tego nie czuć. Cicho płakała. Wyrzucała z siebie wątłe nitki żalu, poczucia niesprawiedliwości, nade wszystko zaś przejmującej samotności, choć przecież była otoczona ludźmi. Pulsował gładki, dziecięcy policzek, wykwitała na nim róża zaczerwienienia, błyszczała w paradoksach piękna, któremu nie wypadało tu być. Krawędzie płatków kwiatu, jak malowana ozdoba, strzępiły się i cieniowały na odcień głębokiej purpury, intensywne pod okiem, nieco bardziej stonowane tuż przy linii żuchwy. Zachwycający kwiat zatwierdzał wyłączność opresji, podpisem na skórze załatwiał pozwolenie na lęk, dekretował ból, i zagarniał przestrzenie naskórka jak opresyjny najeźdźca. Dziecko trzymało dłoń na twarzy, chroniąc swą różę niczym Mały Książę, wiedząc, że nikt w całym wszechświecie nie zapewni ani róży, ani jej samej poczucia bezpieczeństwa, nikt, poza tym skromnym, ledwo zakotwiczonym na wrogiej i obcej planecie ośmioletnim życiem. Mogłaby wstać z gołej ziemi, z tego błotnistego klepiska tuż przy wejściu do stodoły, ale żal i ból zatrzymywały ją  w miejscu, czuła przemożną ochotę stopienia się z torfowym mułem, chciała przytulić się do gleby i stać się z nią jedną strukturą, nie potrafiła jeszcze tej myśli nazwać, w głowie tłukło się tylko: być, być tutaj, być i nie musieć wracać.

 Wstań, mała dziewczynko, przytul swą różę, choć rani cię na wskroś, ukołysz siebie w ramionach, a ja ukołyszę cię sobą, jak chciałaś, ciepłem piasku, który wieczorem oddaje pieszczące go za dnia promienie słoneczne, utulę cię miękkim, puchatym zimnem wolnego od lęku śniegu, spróbuję cię ugłaskać delikatnością świeżej trawy i pachnącą leśną ściółką, z aksamitnymi poduszkami mchu. Wstań…

***

2.

Kobieta trzymała niemowlę w zgięciu ramienia, chłopczyk prężył się i wyginał, mała twarzyczka czerwieniała i szarzała na przemian, usteczka układały się do płaczu, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Drżące ramię matki w pewnym i mocnym uścisku podtrzymywało delikatne ciałko, ale wibracje strachu nie pozwalały się chłopcu odprężyć, nerwowymi impulsami przechodziły od jednej powierzchni skóry do drugiej. Na delikatną główkę, na ciemne, pachnące włoski spadały łzy bezradności, rozmazywały widok, rozpalały się ogniem w gardle. W jeszcze rezonującej krzykiem i rzucanymi przez zęby przekleństwami niepojętej iluzji optycznej, ściany pokoju schodziły się do siebie, jak gdyby w mocnym uścisku chciały zamknąć ten obraz i na zawsze ukryć go przed ciekawskim światem. Za mokrą i słoną kurtyną rozmywał się kadr przewróconych mebli, kanapy, fotela, głucho stukały o siebie metalowe rurki poręczy wyrwane z trzewi betonu. Stopnie schodów pozbawionych balustrady obnażyły surowość ceramicznej powierzchni, na niej niepewnie chwiały się dwie postaci, nastoletni chłopcy, przedwcześnie dojrzali, którym kazano być oprawcami, którym kazano być siłaczami, którym kazano być... "Mamo, kluczyki, mamo, słyszysz? Gdzie są kluczyki...?" - cichy szept jednego z nich szarpiącym ruchem wydobywa matkę spod powierzchni łzawego jeziora, ta spogląda najpierw nieprzytomnie, w upiornym odrętwieniu, ale po chwili rzuca się nerwowo w stronę komody, wyrzuca zawartość stojącego na niej wiklinowego koszyczka, przegarnia dłonią drobiazgi, raz, i drugi... Nie ma... Nie ma kluczyków, nie ma człowieka, który jeszcze przed momentem leżał jak upodlone zwierzę pomiędzy przewróconymi meblami, i... kiedy? Kiedy to się stało, kiedy był ten moment, gdy wstał i na chwiejących się nogach wydobył się z gruzowiska, z tego dzieła zniszczenia, którego sam dokonał? Widziała to przecież, a może jej się śniło, może ten dzień się nie zdarzył, ten śmiech, butelki, znów te butelki... i co ty zrobiłaś, co zrobiłaś, co zrobiłaś??! Na zewnątrz nagle wybrzmiewa dźwięk tłuczonych naczyń, rzucane w ciemność przekleństwa i cichy skowyt ziemi, kobieta go słyszy wyraźnie, gdy ostre krawędzie szkła ranią jej, ziemi, tkanki, gdy przebijają naskórek, gładki i delikatny, dopiero co zarosłego po zimowych odleżynach przydomowego trawnika.

 Ziemio, ja płaczę z tobą, nie umiem cię uratować, nie potrafię zaleczyć twych ran, wyłuskać z nich drobin szkieł... Przyodziałam się w lęk, założyłam na siebie strach, który mi przyrósł do skóry, był ze mną jak tatuaż, jak kawa każdego poranka, jak płacz niemowlęcia, które zbudziło się głodne i z przemoczoną pieluszką, strach jest konturem życia, a w środku gradient cieni na wykrzywionej twarzy, i przewlekła kara milczenia, i pudełka powszechnych tajemnic, w których składam kapitał swojego bezpieczeństwa. Strach maluje wzory farbami niemiłości na śliskiej tkaninie iluzji.
Słyszę twój szept, planeto, słyszę wołanie gdzieś z gwiazd, wychodzę przed dom, na trawnik, bosa i zapłakana, trawa jest mokra i tylko kilka kroków dzieli mnie od pobojowiska, które zrani mi stopy. Za chwilę kropelki krwi połączą się z twoją krwią, z twoich i moich zranień, wspólnym czerwonym barwnikiem zawrzemy kolejne przymierze, a ja bym chciała swój lęk zupełnie już z siebie zdjąć, wyrzucić go z szafy, i życia, już więcej nie przymierzać, i chodzić swobodna po mieście, ze strachu rozebrana jak naga bezwstydnica. 

*** 

3.

- Dobrze, proszę pana. Pan już zapewne smacznie śpi, zatem zaocznie dziękuję za dzisiejszy, skrzący się nieoczywistymi rozmowami dzień. Cenna to dla mnie znajomość w osobie pana. Niewiele mam okazji do tak głębokich, rezonujących we mnie interakcji i żadnych (okazji) do inteligentnych przekomarzań. Wyrażam wdzięczność!

(rano)
- Żeby tak się działo, winna zasadniczo istnieć druga osoba, która jest błyskotliwa, niebanalna i wyrażająca chęć inteligentnych rozmów. Rzadko można spotkać taką kobietę, jak pani. Dawno już nie musiałem tyle się zastanawiać, namyślać i główkować, jak w rozmowie z panią nie wyjść na prostaka, w najlepszym wypadku na malkontenta, a rezultat i tak osiągnąć marny. Życzę udanego dnia.
- Dzień dobry. Stanowczo protestuję, nie dostrzegając marności. Wręcz przeciwnie. No i fakt, wiedźmy są już dawno na wyginięciu, raptem kilka osobników, w tym taka niedoskonała wiedźma, jak ja. I dziękuję, pańska w zasadzie chyba miła wiadomość, oryginalna jak cały jej autor, zadziałała jak poranny łyk kawy, po którym krew zaczyna krążyć szybciej, rośnie poziom słodyczy i apetyt na śniadanie.

- Apetytów zgłaszałbym więcej. Kłaniam.

*

- Dzień dobry. Dziękuję za wiadomość, za kwiatek muzyczny z rana, odsłuchałam z przyjemnością. Miłego dnia!

- Dziękuję, cała przyjemność po mojej mrocznej stronie, wzajemnie, dobrego!

- Ależ proszę mi tę przyjemność oddać natychmiast i na swoją stronę nie przeciągać.

- Oddaję, ale nic za darmo. Chcę wiedzieć, co robisz.

- Będziesz rozczarowany, bo nie czytam mądrej książki, nie piszę kolejnego małowiersza, którego nikt nie przeczyta, nie zatrzymuję fascynujących kadrów jednego małego listka w moim kochanym lesie… Przeglądam social media, cały ten teatr kłamstw, korowód wielkich oszustw, i czuję się z tym potwornie, a jednak nadal to robię.

- No tak, wszyscy uzależniamy się od tych małych łyczków dopaminy, z których zbiera się cały sagan social-mediowego wywaru. To jest takie bezwartościowe, mielenie w kółko tego samego…Pozory bycia z ludźmi, a to tylko jakiś rachityczny substytut instynktu stadnego.

- Jesteś mądry.

- Tylko z tobą, przy tobie. 

*

- Ciężko się od Ciebie odkleić, uwielbiam nasze pisanie. Kiedyś to wszystko zbiorę i napiszę o tym książkę.

- Powinnaś pisać, wiesz o tym.

- Póki co muszę wyjść w swój zimny, smutny świat, nie chcę, wolę być tutaj, z tobą. Wychodzenie z naszego małego zakątka jest jak wyjście z ciepłego domu w listopadowy ziąb.

- Nawzajem, nie lubię pisać wiadomości, pisanie mnie męczy, a do ciebie stukam kilometry słów.

- Idę.

- Wychodzisz tak już od 20 minut. Może ty już wróciłaś i jeszcze o tym nie wiesz?

- Tak, jest taka opcja. 

*

- A więc pachniesz mandarynką i wanilią, masz 169 centymetrów wzrostu, ciemne oczy, ciemne włosy, lubisz dżinsy.

- A ty? Co warto wiedzieć o tobie?

- Ja jestem mało ciekawą figurą.

- O, nie zgodzę się.

- Co ty tam możesz wiedzieć… 184 wzrostu, prawie łysy, a to, co zostało – to siwe. Przeważnie nosi trzydniowy zarost. Chodzi w dresach, koszule wiszą w szafie, bo nie ma gdzie się w nich pokazać. Stary smutas. Do tego ślepy. Jak mi coś nie wychodzi, to jestem nerwus.

- I spadł ideał z piedestału.

- Wielki czas. Idealizujesz mnie, jestem przerażająco przeciętną istotą.

- Tak, do tego skromną, nieprzeciętnie inteligentną, z poczuciem humoru, jakie lubię, słuchającą dobrej muzyki, dużo czytającą. Ponadto istota ta, osobnik na wskroś oryginalny, napisał książkę, kocha psy, a one jego.

- O kim ty mówisz?

- Nie skończyłam. Jest świetnym rozmówcą, bo się go świetnie słucha, na pewno jest świetnym liderem, bo rządził ludźmi, na pewno jest dobrym organizatorem, bo prowadził restaurację. Lubi przyrodę, piękne miasta i zna się na ludziach.

- Wiedźma.

- Dziękuję, najlepszy komplement.

*

- Jesteś w pracy, nie będę Ci przeszkadzać, chciałam tylko..., bo wiesz, skończyłam czytać… No więc tak tylko chciałam wdrapać się na piętro, zapukać do drzwi, powiedzieć: „dzień dobry, napisał pan świetną książkę”, i zbiec po schodach na zatłoczoną ulicę swojego świata.

- Nie mam na to odpowiedzi. Piszesz, jak istniejesz - pięknie.

* 

- Nie chcę już żyć w wiecznym lęku i napięciach.

- Trudna i odważna decyzja. Czytałaś „Purezento” Joanny Bator? Jest to historia klejenia porcelanowych filiżanek, talerzy… A tak naprawdę to metafora naszego życia. Są pewne rzeczy, których nie da się skleić, nie da się zlikwidować zarysowań, wypełnić braków. Niektórym rzeczom trzeba pozwolić się rozpaść.

- Dziękuję za tę metaforę. Takie to prawdziwe… 

*

- Czy już cię oplotły ramiona Morfeusza? Czy słodkie driady przygotowywały ci miękkie posłanie w gałęziach drzewa marzeń sennych i ukołysały cię czule do snu, w którym fantazje niczym wszędobylskie świetliki plączą się między liśćmi, zacierając granicę między marzeniem, a jawą, między słodkim i nieprzytomnym, rozkosznym otumanieniem, a szarą okrutną rzeczywistością?

- Byłem na ostatnich oczach. Moje powieki już wyłamywały ostatnie wykałaczki. 

* 

- Boję się, że zmienisz o mnie zdanie. Że zadajesz się z jakimś…
- Z normalnym facetem? Nie, nie zmienię. W sumie nie jesteś normalnym facetem, jesteś bystrym drapieżcą.
- Nie wywołuj wilka z lasu.
- Uwielbiam wilki, mam wiele wilczych gadżetów wokół siebie. Tak więc tym mnie nie przestraszysz, cokolwiek by ten wilk oznaczał.
- I ponownie mnie zaskakujesz...Wygląda na to, że nasza znajomość winduje na inny poziom.
- Wiadomo, co stoi w miejscu, to się nie rozwija, a co się nie rozwija, to się cofa. Rozwój jest wpisany w każdą relację, która po prostu sobie jest, która fajnie trwa i ma potencjał na jakieś "dalej”. Pytanie tylko, w którą stronę ten rozwój postępuje. Następne pytanie - czy jeśli dochodzi do pewnych zbliżeń emocjonalnych, a skoro piszemy sobie o dość intymnych sprawach to jest to poziom emocji na pewno, to czy przyjaźń, czy pozostawanie w niewinnej friend-zone jest możliwe? Co jeśli nie?

Zostawiam cię z tym pytaniem, idę pod prysznic.

- Idź. Jesteś diabelnie (wiedźmowato) inteligentna kobieta. 

*

- Mało tego czasu, mało… - powiedziała zamyślona, wpatrując się w linie horyzontu, gdzie powierzchnia morza była zaskakująco spokojna i nie nosiła żadnych znamion szaleństwa, w przeciwieństwie do tłuczącej się falami wody tuż przy brzegu, która wpadała w hipomaniakalny trans. 

- Wszystko zależy od tego, do czego ten czas ci potrzebny –  spojrzał na nią z boku, w ciemnoniebieskich oczach czaiła się pogoda i pełna spokoju czułość… Siedzieli na ciepłej plaży, tuż przed zachodem słońca, nagie stopy wsunęli w piasek, który, ciągle rozgrzany, nie zamierzał łatwo oddawać swego lipcowego ducha.

- No tak, oczywiście, dlatego, w związku z tym, że mogę przypuszczać, do czego jest mi potrzebny czas z tobą, twierdzę, że mało.

- Tak. Mało mamy czasu na nas, choć każde z nas osobno miało mnóstwo czasu na to, żeby spróbować się odnaleźć. Nawet w tych zupełnie różnych wszechświatach.

- Więcej już chyba nie uda nam się wydrzeć. Ty jesteś samotny w swoim tłumie, ja – w swoim. I ten tłum nas w dodatku rozdziela. Czasem na moment znajdziemy drogę do siebie i wtedy kradniemy kilka chwil, po czym musimy znów wracać w tłum. Samotnym w tłumie i tak raźniej jest być we dwoje. Wierzysz w przeznaczenie? W to, że tak miało być, bo nigdy nie udałoby się nam być razem?

- Nie wierzę, właściwie w mało co już wierzę, musiałbym się naprawdę głęboko zastanowić.

- Ja też. Wygląda na to, że książki odebrały nam wiarę.

- To nic niezwykłego. Kiedy poszerza się horyzonty, siłą rzeczy wzrasta świadomość.

- Mamy świadomość, że spóźniliśmy się na nas.

- Może to świat się spóźnił, nie my, może jeszcze…

- Ciii… Nie mów już. Bądźmy.

 Objęciem ramion, delikatną pieszczotą dłoni, spojrzeniami, które nie suną po powierzchni, a zanurzają się i zmierzają w najodleglejsze głębiny świadomości, ziemia kołysała oboje; ich, rozpaczliwie osobnych, choć stworzonych do systemowych połączeń; ich, niesłusznie skazanych, niesprawiedliwie sądzonych, z narzuconym z góry zakazem przebywania w swoich stęsknionych  sercach, w których pustka odbijała się echem przez szereg zimnych lat. Przez drżące z emocji dłonie przesypywały się ziarenka plażowego piasku, nabierała go w dłonie, pozwalała swobodnie zsuwać się po palcach, wzdłuż nadgarstka, fragmentem przedramienia. Zanim ostatnie ziarenko piasku dotknęło pozostałych, zanim połączyło się z innymi i wtopiło się zupełnie w niepoliczalny kres – rozwiewał je cichy wiatr i kazał nieść się dalej. Dłonie stawały się puste, a słońce niknęło niespiesznie, tonąc w ciemniejącej toni.  Jak się z tą pustką pogodzić, jak ją wypełnić sensem, dopełnić zakochaniem, które nie będzie karą…

 Domyślam się, że nie chciałaś, nie miałaś w planach tej pustki, sama jesteś bogactwem, kompletnym wypełnieniem, tuliłaś dziecięcą rozpacz i ostre szkła dorosłości, zawsze gotowa podtrzymać, rozesłać miękkość traw, bym uniknęła skaleczeń, i próbowałaś zapobiec utracie wszystkich ziarenek złotego, morskiego piasku. Stoję na skrawku ciebie, pod niebem pełnym gwiazd, samotna jak jasny księżyc, jak smutne, nieśmiałe słońce, jak ty..., zupełnie jak ty samotna… Zamykam się w ramionach uściskiem ciepłego zmierzchu, w kieliszku białego wina próbuję złapać myśl, która się tłucze jak ptak pomiędzy ściankami szkła. Łapię ją w pierwszym łyku , nie można jej odczytać, nie rozumiem przekazu, a może to ten wieczór i ta chwila lubieżna, i to pragnienie spełnienia. Czuję już tylko ciepło i rozmarzoną senność. Rozwieram szybko dłoń, w trawę spadają cicho białe kapsułki rozpaczy, a ty je zamykasz ciemnością.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz