Świeciło blade słońce
wiatr krył się za nagim
drzewem
- w ten pierwszy dzień bez
czapki
w rozpiętym szarym płaszczyku
- w ten dzień pod świeżym
niebem
Ziemia miękła bezgłośnie
strużki wilgoci płynęły
z kącików jej smutnych
bruzd
Czy to jest wiosna na
pewno?
Czy sprawy się zimie
wymknęły?
Zbyt kruche dziecięce nogi
przeprawa trudziła mozołem
buciki rosły w maź błota
a w oczach wędrowała
niepewność szerokim kołem
W dziecięcym sercu radość
i trudnych dorastań treść
buciki od błota zbyt ciężkie
z wagą zlepionych strapień
- nie chciały już dalej
nieść
więc dłoń
ta dłoń kojąco dorosła
i ramion szerokich krąg
bezpieczna przystań objęć
- przenosi początek istnienia
przez trzęsawisko łąk
Kiedy się słońce rozświeci
dłoń ciepłem przeniesie przez chłód
- pustka jest wciąż nazbyt
pusta
i chyba nie wiadomo
jak przejść
jak przebrnąć
- przez grząski
przedwiośnia trud



