Obserwatorzy

czwartek, 30 października 2025

nie mów



Cii...

nie mów już nic
niech się nie sypią słowa
z przestrzeni twoich ust
niech nie spadają na moje
niezagojone tęsknoty
nie umiem utrzymać w dłoniach
żadnego nowego znaczenia
- przesypuję przez palce
ziarenka przekonania
że mnie kiedyś zatrzymasz
zwykłym słowem
- kochania





środa, 29 października 2025

narysuj

 


Narysuj mi świat
bez przestrzeni
bez zbędnych odległości
bez tęsknot
bez lęku
bez wiecznych bezsilności
Świat, w którym każdy kwiat, i liść na każdym drzewie
i kropla wody
- nieważne
czy z nitki górskiego strumyczka
w którym odbija się promień ledwo zza drzew widoczny
czy też z niezmierzonego
w swej głębi oceanu
i każdy blady świt w pastelowym welonie
odległych, zaspanych chmur
i każda wieczorna ucieczka słońca
które to szarym, to barwnym kocem
okrywa zmęczone niebo
- pozwolą się poczuć jak w domu.
Narysuj mi świat
ołówkiem
by można go było upiększyć
poprawić perspektywę
gdy cicho przysiądziesz mi w sercu
i zmienisz wszystko
i nic.



poniedziałek, 27 października 2025

powiedz mi


Niebo nie brzmiało dobrze
Wydobywało z siebie pomruki
niepokojących pytań
Goniło ciemne chmury
ciężkich i szorstkich podejrzeń
Ciemniało nad horyzontem 
zbierającym się gorączkowo
niezaufaniem
Czekałam na przejaśnienie
na jakiś skrawek błękitu
w którym chciałam pomieścić
swoją wątlutką wiarę
- Powiedz mi prawdę
pod niebem pełnym zaprzeczeń
chcę chociaż raz stanąć naga
rozebrać się z wszystkich lęków
ułożyć w kostkę smutek
- Powiedz mi prawdę
obiecuję, że wezmę ją w dłonie 
osłonię przed wiatrem i deszczem
ułożę na mchu zrozumienia
nakarmię
swoją niemądrą miłością

Na lekko zziębnięte policzki
spadły pierwsze krople tęsknoty



sobota, 18 października 2025

drżenie


Rozsłonecznił się dzień
roztańczył godzinami
potem spadł nam na głowy
nutami dźwięcznych minut
- dobrze mu było z nami
więc
rozsiadł się na zamaszyście
długim popołudniem
na złoto jesiennym skwerze

Zimno ci?

Nie
to tylko drżenie pamięci 


środa, 15 października 2025

przy sobie siebie

 


Jakoś się trzeba pozbierać
z tych różnych codziennych rozsypań
z nieplanowanych rozproszeń
z rozlań i w deszczu rozmazań
Zebrać siebie z czułością
w ciepłą i mocną garść
choćby się siebie niezręcznie
przesypywało pomiędzy palcami
i siebie gubiło natychmiast
w dywanie jesiennych liści
Choćby się nie potrafiło
siebie zatrzymać w całości
Trzeba te resztki siebie
z troską i zrozumieniem
jak najszybciej zawinąć
w kostkę albo w rulonik
i schować do kieszeni
i mieć siebie przy sobie 


wtorek, 14 października 2025

las


jedna droga na raz
z trajektoriami ścieżek
zieloność czystych oddechów
mistyka istnienia na czas

subtelna szorstkość kory
i aksamityzm mchu
zapach wilgoci 
wilgoć zapachów

las
nic więcej nie musi się zdarzać
nic więcej nie mieści się
w nas



niedziela, 12 października 2025

Na czas


Zdążymy? 
Może zdążymy jeszcze wypić ostatnią kawę, zanim pochłonie nas świat, nie odchodź, szybko zaparzę, w filiżance wczorajszych trosk. Może się uwiniemy z wysnuciem ostatniej strofy, z subtelnym ułożeniem frazy ulotnej myśli, z utuleniem jej jak do snu, z okryciem mięciutką puentą, żeby nie budził jej chłód. Może dotrzemy na czas z łagodnym nakreśleniem zgrabnej sylwetki nuty na pięciolinii dźwięków, w których wybrzmiał nasz lęk, ostatni akord obawy o bezpieczeństwo słów. I kota zdążymy pogłaskać, jego puchatość istnienia i nasze w tym będzie westchnienie, i się będziemy śmiać, cichutko, pełni zachwytów, objęci nagłym zdziwieniem, że nas istnienie otula, że jest czułym istnieniem. Wyrobimy się szybko z wszystkimi marzeniami, niektóre zostawimy, albo nadamy kurierem do magazynu pragnień, może ktoś wykorzysta, bo nam nie wszystkie pasują, nie chcą się komponować z wnętrzami po remoncie.
Zdążymy zabrać siebie z tłumu trudnych relacji, wydrzemy się mariażom i niewygodnym układom, uwolnimy uśmiechy, które nam dawno utknęły w szczelinach oczekiwań, jak nieporadne żuki leżące brzuszkami na góry, bez możliwości ruchu. I książki! Książki musimy przeczytać, z tym będzie w zasadzie najtrudniej, nie wiem, jak je rozmieścić, jak mam rozciągnąć czas, jak dodać dni i miesiące, jak je wprowadzić, urządzić, jak zameldować w sobie i zwolnić z bezdomności smutnego nieczytania, z zimnych niepieszczot dłonią, z obcesowych nietuleń. Nie mogę zabrać każdej, ale zdążymy na czas z realizacją przydziału, tak, jak zdążymy z kochaniem.

Zdążymy przeczytać książki i wszystkie wydane miłości, które są nam pisane.


czwartek, 9 października 2025

Początek

 


Smuga światła spod drzwi płynie miękko, załamuje się na jasnym dywanie i urywa tuż przy rzeźbionych nogach komody. Przez moment błyszczy w kieliszku, zmieniając ciemną czerwień wina na karminowe światło skrzące się w szkle. Obserwuję to kątem oka, starając się nie uronić żadnego słowa, które wypowiadasz. Siedzimy na kanapie, swobodnie, prawie nonszalancko, między nami nabrzmiewa cisza, choć cały czas mówisz, opowiadasz historię, której nie zapamiętam, bo jest nieistotnym dodatkiem do twoich kuszących ust, zatracam się w ich fakturze, w ruchu łagodnym i miękkim, sama już nie wiem, co czuję, kiedy moje wargi obejmują cienkie szkło kieliszka, czy to cierpki smak wina, czy smak bladej czerwieni na twojej pogodnej twarzy. I dobrze wiemy, że nie ma już odwrotu, że nic już nie będzie tak samo, pokój tonie w półmroku, gdzieś w przestrzeń płyną nuty, nokturn z opusu 72 Chopina, wiedziałeś, że lubię, zapamiętałeś nieistotny szczegół rzucony gdzieś kiedyś przypadkiem, tak jak i wiele innych.

Półmrok ma kilka odcieni, jesteśmy chyba w najlepszym, wszystko jest wirtuozerią, jest idealnym rozkładem przestrzeni i kombinacją szczegółów, czuję mrowienie skóry na plecach, gdy akordy fortepianowe wybrzmiewają energiczniej. Odruchowo zamykam oczy, muzyka, wino i ty czynią ten moment zupełnie nierealnym, alkohol szumi przyjemnie, melodia odgarnia kosmyk włosów z policzka i ciepłą dłonią nagle zaczyna sunąć po moim nagim ramieniu… i wiem przecież, że to nie żadna muzyka, lecz ty, wszystko łączy się razem w jakiś szalony, rozkoszny twór, jesteś muzyką, muzyka jest tobą, alkohol rozkłada rubiny na twoich nagle milczących i rozchylonych ustach. Przeoczyłam tę chwilę, gdy przysunąłeś się bliżej, zabierasz wino z mojej dłoni, odkładasz na stolik i znów gładzisz ramiona, nie mogę spojrzeć ci w oczy, wiem, że ten półmrok i kołyszący się czas, i coraz ciaśniejsze obręcze pragnienia nie ukryją tego, co sypie się iskrami z moich ciemnych źrenic.

Kiedy nasze usta się łączą, umieram po raz pierwszy, i z ulgą oddając życie, gorączkowo pozbywając się oddechu, łapczywie chłonę twój smak, domagam się więcej i mocniej, jesteś ostrożny, czekasz chyba na znak, ale nie daję ci szans na chwilę zawieszenia, więc wpijasz się jeszcze mocniej, a ja już wiem, że dziś umrzemy razem, nie będzie już nas dla świata.



poniedziałek, 6 października 2025

Miniatury październikowe




Nierealność mglistego poranka koi rozedrgane zmysły, tłum drzew na poboczu porusza się razem z woalem i w mgnieniu oka ożywa, jak tolkienowskie enty. Pokusa przywołuje, chciałoby się wpaść w ten somnambuliczny trans, unieść się razem z obłokiem, na zmianę się przerzedzać i gęstnieć bez zastanowień. Wyrzucić z siebie chaos, poddać się całkowicie, być mgłą, we mgle i z mgłą, zachwycić się onirycznie i rozsnuć się inwersją nad własnym realnym snem.

***

Kawa wypita razem ciągnie się sznurem minut bez końcowego słowa. Niepoliczalna ilość łyczków, swobodnych trąceń kubka, wrzuconych krótkich pytań bez konieczności nawiązań, bez presji odpowiedzi. Małe obrazki wrażeń, kęs śmiechu i dobrej energii, pocałunki bez dotknięć, muśnięcia bezkontaktowe. Piłeczki drobnych rozmów, że zimno, i że deszcz, że trzeba by jakąś aktywność, że obiad i matma z młodą, że co tam w polityce, jak się dziś czuje pies, i że książka chyba ciekawa. Wyobraźnia podsuwa gradient koloru oczu, gdy zmienia się światło dnia, chłonę imaginację, niedozwolone marzenie, a potem idę tęsknić we własny krzykliwy tłum.

***

Życie przemawia często. Dowodzi ze srogą wyższością, że bycie z nim to zaszczyt. Nie pyta, czy się cieszę z takiego wyróżnienia, bo chyba to jest dla życia zupełnie oczywiste. Odbieram nagrodę istnienia na gali aprobaty, na szybko zwołanym bankiecie wielu mistrzowskich docenień. Stałam się skandalistką zbyt swobodnego wizażu, bo włosy rozrzucone, w zwyczajowym nieładzie, paznokcie niezrobione, legginsy i czarny tshirt też nie do końca słuszne. Szokują wulgarne skarpetki, brzoskwinia i bakłażań, motyw zupełnie niechcący. Jak zwykle zignorowałam podszepty popkulturystów, że to, co jest widzialne, i z gruntu ewidentne, nie zawsze ma jedno znaczenie. Uciekam przez otwarte okna wielkiego, głośnego przepychu, mijam stłoczone przy ścianie krzyczące możliwości, odsuwam od siebie natrętny i przemocowy blichtr.
Odbieram nagrodę istnienia stojąc w pozycji zachwytu, szczerego onieśmielenia, na  wąskiej leśnej ścieżce, na scenie pełnej siebie w wielu dyskretnych znaczeniach i kłaniam się zawstydzona widowni zielonych żyć. 

***

Język to bestia na smyczy. Czasem nad nim panuję, jest całkiem, na serio, miło, z lubością i powoli głaszczę puchatą miękkość dobrych, łagodnych słów. A czasem mi się zrywa za jakimś kotem emocji i boleśnie szoruję brzuchem po szorstkim asfalcie twardych, niechcianych kanciastych inwektyw.

***

Pan mówi, że było romantycznie, na ciepłej, letniej na plaży, pod niebem pełnym gwiazd, z winem polanym do kubków, gdy smaku mu dodawała dokonywana dziewiczo misja na krnąbrnym księżycu. Z pozycji na księżyca widać już było wyraźnie szczęścia małego garść, a pan się przekonywał, że warto w zasadzie żyć, warto też śnić i być. Zupełnie to nieważne, że strzelec nie pasuje do upartego barana, wszak Baśka miała od razu coś w sobie i na sobie, w dodatku fajny biust i strzał wybornie siadł. Ja panu mówię, że przykro, bo muszę niestety zazdrościć, czasami szczęście się tłucze jak stado wzburzonych fal, i krzyczy, że będzie cię brało, a jakże, ale gdzie? no w aucie,  i tak się tym szczęściem można wstydliwie pozasłaniać, tak sobie nucić przez życie ów bananowy song, nie budząc marzeń ze snu, przyjmując dary losu, bo przecież wszyscy chcą kochać.
A potem? Potem nie pozostaje wiele, w zasadzie można tylko wypić za wczesne błędy.



niedziela, 5 października 2025

Spowiedź


Niech będzie pochwalony moment ulotnej Prawdy.

Ostatni raz u spowiedzi byłam przeszłego roku, kiedy być może byłam dla kogoś całym światem, ale w zasadzie nie wiem, nie jestem w niczym dobra, a w stwierdzaniu najbardziej. Pokuty nie odprawiłam, niestety gdzieś się zgubiła, chyba ją upuściłam, kiedy po wielkich kieszeniach szukałam potrzeby atencji. Popełniłam nieczułość wobec własnego sumienia, i odhaczałam kolejno wszystkie powszednie występki. Miałam przed Prawdą bogów, cudzych i przywłaszczonych, kłaniałam im się skwapliwie rozlewając niechcący kawę na gołe, bezwstydne uda i na podniszczoną księgę, której użyłam wielokroć jako podkładkę pod kubek. Tworzyłam też bogów prywatnych, kleiłam ich z wątpliwości i z potrzeb pierwszego rzędu, na własne podobieństwo, a potem sadzałam obok na miejscu pasażera i razem wpadaliśmy na drzewa twardych złudzeń. Wzywałam imienia Prawdy, po cichuteńku i skrycie, kiedy jadła mnie zazdrość o jakieś czarne aśki, płomienne, obce tary i dziwne, astralne stelle; pożerała ochoczo, mlaszcząc nieprzyzwoicie i wypluwając z siebie szydercze tłumaczenia, że kto się naiwnym urodził, oświeconym nie zemrze.
Nie święciłam inauguracji szlachetnej jesienności i skromnej końcówki lata, bo mnie zatrzymywała pogoda własnego serca, caluśka w deszczu i w błocie, z wichrami ciężkich zmian.
Nie czciłam ojca Dnia, któremu złorzeczyłam, bo mnie próbował zagonić do nudnej, niewdzięcznej roboty, do nietracenia minut i do wiązania godzin, kiedy ja je już dawno pogubiłam gdzieś w trawie. W ochoczym zapominaniu głupiej ważności momentów, leżałam na skraju lasu, gapiąc się na obłoki.
Nie czciłam też matki Nocy, która chciała troskliwie zasunąć rolety powiek, a one się buntowały, skacząc po rozświetlonych polankach wyobraźni. Składałam tam od podstaw, odważnie i nieskromnie fragmenty oczekiwań, a potem wpadał świt i burzył wszystko z rozmachem, zrzucając na moje nadzieje okrutną jasność racji. Zabiłam wielokrotnie niewinne robaczki wiary, nie chciały mnie wcale słuchać, obłaziły caluśką po same koniuszki przekonań, a potem wgryzały się ostro w odsłonięte ufności. Mordowałam je cicho, aż do ostatniej pewności. I jeszcze zupełnym przypadkiem zabiłam małą jaskółkę, nie, nie własnoręcznie, ale leżała martwa w kącie obcego balkonu, a ja nie potrafiłam zapobiec każdej kolejnej utracie jej wolnych, podniebnych dni. Cudzołożyłam radośnie rozdając zakochania i rozkładając serce przed jednym z najprzystojniejszych, znajomych od dawna lęków, wydawał się być doświadczony, i mną zauroczony, całował jak marzenie i pieścił każdy skrawek nagiej, drżącej z rozkoszy duszy, a potem wdarł się ostro, smagnął wulgaryzmami i zostawił w milczeniu. Nie zamknął za sobą drzwi, za nimi już się tworzyła kolejka przeciętnych strachów, gotowych do szybkich numerków z osłabioną kompleksją. Ukradłam trochę próżności, chciałam być chociaż przez chwilę kimś wyjątkowo ładnym, chciałam się dotknąć w zachwycie, przesunąć dłonią po włosach, pogładzić po ramieniu, aż do dreszczyku rozkoszy, chciałam wybłyszczeć oczy, smakować zmysłowo usta, docenić gładkość ud i znośną jędrność piersi, popełniłam więc przy tym wstydliwe pożądanie, w dodatku wielokrotne. Skłamałam? Tak, jeszcze skłamałam, kłamię w zasadzie mistrzowsko, że mnie nic nigdy nie boli; kłamię, że kocham, kiedy nie kocham, i nie szastam kochaniem, kiedy naprawdę kocham. I kłamię, że rozumiem, że wszystko jest w porządku, że tak, owszem, naprawdę, mogę się chętnie podzielić kawałkiem siebie i świata, kiedy czuję się już od dawna całkiem rozczłonkowana. I kłamię, że umiem w życie, że umiem w relacje i w ludzi, że umiem pisać wiersze i znam się na Chopinie, i że bulgocze we mnie beztroska radość istnienia. Kłamię, że lubię siebie i będę siebie chronić, i że nie jestem samotna, też rozpaczliwie kłamię. Więcej już nie pamiętam, odpuść mi winy, Prawdo, niewiele to we mnie zmieni, nie będzie oczyszczenia, nie będzie śnieżnobieli wypucowanej duszy. Nie będzie przytulenia przez Twoje czułe ramiona, ani przez części inne, zdolne do zwykłych objęć - ramiona, serca, oczy. Żadnego przytulenia. Grzesznik nieprzytulany powoli zatraca zdolność do odbierania przytuleń, więc to już właściwie nieważne, i całkiem nieistotne.
Zamiast z błędów obmycia i wizji oczyszczenia do zaśmieconego wnętrza wprowadzi się iluzja, że się posiadło zdolność do samoratowania, kiedy wielkimi krokami nadejdzie koniec świata.
Za popełnione występki pokornie nie żałuję.
Dręczące poczucie winy złożę w ofierze dziękczynnej, a całe spektrum złudzeń przykryję apostazją.

Prawdzie niech będą dzięki, odchodzę w niepokoju, lekka od nieświętości, i gotowa na grzech. 

    

sobota, 4 października 2025

kompletnie


rozbić się i rozrzucić
spróbować się stłuc na kawałki
pokroić na drobną kosteczkę
rozpruć się, rozejść w szwach
rozlać szeroką kałużą
rozsypać niepoliczalnie ziarnami piasku wśród traw

a potem się pozbierać
skleić się klejem empatii
i przyszyć zrozumieniem
wlać siebie do kubka wiary
w garnuszek akceptacji
wsypać lęki do worka
związać upoważnieniem

na śmiałą niedoskonałość
na siebie luźną zachłanność

nie być połówką jabłka
i cząstką pomarańczy
ostatnią kroplą wina
przelanym rozczarowaniem
nie pragnąć być elementem 
nie swojej układanki
- nie być dopasowaniem

nie uzupełniać sobą

nie szukać fragmentów siebie
kiedy już jest się całością


środa, 1 października 2025

Niewidzenie


 - ... no i nic nie widziałam! Kompletnie! Rozumiesz? Kobieta podsuwa mi dokument, pismo, jak pismo, czarny druk, widzę nagłówek, a reszta to rozmazane plamki znaków. Przecież dopiero co miałam te okulary nowe, widziałam dobrze, a teraz...

- Kiedy miałaś nowe? - Rob wierci się niespokojnie na kamiennym murku, próbuje ułożyć swoje długie ciało w pozycji w miarę wygodnej i oprzeć o siebie zsuwający się ciągle plecak.

- No kiedy, kiedy! - Mia odrzuca głowę do tyłu w geście zniecierpliwienia; ciemne, lekko falowane włosy opadają na plecy. - Ze trzy lata temu! Mówiła mi okulistka, że po pięciu latach pewnie trzeba będzie wzmocnić, ale to nie ten czas jeszcze!

- Mia! Miałaś je zapisane jeszcze przed diagnozą, byliśmy razem u optyka, to będzie nie tylko więcej, niż trzy, ale nawet więcej niż pięć lat! Pięć lat temu leżałaś już na oddziale...

Kobieta marszczy czoło i spogląda w bok, po czym przenosi wzrok na brata i z przekąsem odpowiada:

- Nie lubię przyznawać ci racji, ale niestety tym razem...

Plecak zsuwa się z murku i opada na trawę z ciężkim tąpnięciem, puszczając radosnego pawia z trzewi swojego płóciennego jestestwa. Nic szczególnego, męskie klamoty - konstatuje w myślach Mia i zerka na brata, który z głośnym westchnieniem zabiera się do zgarniania dobytku. Dopiero po chwili dziewczyna uświadamia sobie, że obok telefonu, dokumentów, bidonu z napojem, batonów energetycznych, kluczyków i portfela brat układa w największej komorze torby kosmetyczkę i jakieś ubrania. Nie bluzę i kurtkę, antidotum na nagłe załamanie pogody, tylko takie zwyczajne ciuchy do zakładania w domu; takie, co to rankiem ziewający szeroko człowiek wybebesza z szafy i przygląda im się uważnie, sprawdzając, czy na pewno czyste, a w przypadku facetów - zmysłem węchu kwalifikując do dziennego zestawu. Zawsze kwalifikując, dodajmy. Dżinsy, koszulki, skarpetki. 

- Rob... - brunetka próbuje, nomen omen, odziać nasuwające się niedyskretne pytanie w jak najłagodniejszy i najobojętniejszy ton. - Po co ci te ciuchy? Nie wracasz do domu?

- Nie.

- O!? - brwi, wraz ze znakiem zapytania puszczonym swobodnie między parkowe drzewa unoszą się lekko. - Powiesz mi? Czy mam udawać, że nie ma tematu?

- Co mam ci powiedzieć? Wiesz, jak jest. Nic nowego. Ciągłe pretensje, wszystko źle, że wracam późno, że zmywarka nie załadowana, że film wybieram nie taki, że na insta lajkuję półnagie laski...

- No bo lajkujesz! Też to niestety widzę, choć wolałabym nie. Po co to robisz? Jeżeli jesteś w związku, mówisz "kocham" i "pragnę", to serduszkowanie i komentowanie atencyjnych profili jest dla twojej kobiety jak strzał w pysk. Traci poczucie bezpieczeństwa. To nawet nie zazdrość, tylko z hukiem spadające zaufanie. Nie ma ciekawszych treści na social mediach? Lajkuj sobie nawet i dziewczyny, ale takie, które mają coś mądrego do powiedzenia, a nie puste, nieprawdziwe fantomy, przecież one w tej formie nie istnieją, nie występują w przyrodzie, wiesz o tym. To twór złożony z miliona filtrów. Nawet jeśli starają się być autentyczne. I to one pierwsze potem krzyczą w netach, że są przez mężczyzn przedmiotowo traktowane. 

- Ale dlaczego ty się zaraz tak odpalasz? Przecież taki lajk nic nie znaczy...

- Nie znaczy? To po co to robisz? Po co powiększasz grono męskiego wianka adoracji? Po co utwierdzasz - będąc tylko nic nieznaczącym lajkiem - taką istotę w poczuciu własnej, fałszywej zajebistości? Po co się z tym afiszujesz? Bo ładne zdjęcie? Kiepski argument, bo na zdjęciu jest konkretna laska z dużymi cyckami i zgrabnym, małym dupskiem, czy tam odwrotnie, nie wiem, faceci mają różne preferencje. Zmysłowe zdjęcia kobiet są pustym wabikiem, nie wartościową treścią. I faceci zbiegając się przy nich bardzo krzywdzą istoty, które są naprawdę ważne dla takiego bezmyślnego ciołka, jednego czy drugiego. Zaangażowany, spełniony i mądry osobnik płci męskiej tego po prostu nie robi. Niezaangażowany zresztą też, bo nie ma takiej potrzeby.

- Dobrze wiesz, że faceci to wzrokowcy, patrzą na taką laskę, jak na ładny obrazek, zerkną, klikną, i idą dalej, nie oglądając się za siebie.

- Ale za nimi ciągnie się woń pozostawionego czerwonego serduszka. Taki znak, symbol, niczego nie sugerujący, taki... - dziewczyna ironizuje, obrzucając brata skrzącymi się piorunami spojrzeń  - ...taki strzał spermy w sam środek jej...

- Mia!! 

- ...dużych, ponętnych, niebieskich oczu! - śmieje się dziewczyna i nagle poważnieje. - Rob, to nie jest w porządku. A co, gdyby było odwrotnie? Wchodzisz na insta, klikasz rolki i scrolujesz nagle cały ciąg wystawionych, idealnych adonisów, którzy przemawiają do ciebie frazami głęboko filozoficznych tekstów typu: bądź sobą, bo po co być kimś innym..., albo: dziś jest twój dzień, uśmiechnij się do życia... Przenikliwość i motywacja wywalone w kosmos. A przy wizerunkach tych szerokoklatowych, wymuskanych myślicieli bujają się serduszka z twarzą twojej kobiety...

- Kurde, no zastanowiłoby mnie to i wkurzyłbym się, ale baby tak nie robią, baby robią takie rzeczy w ukryciu!

- Taak? No coś ty!? I są przez to lepsze? Gorsze? Zdrada bardziej boli, jak jest sprytna i wyrachowana, i wyjdzie na jaw później?

- Przesadzasz, naprawdę, ta dyskusja nie ma sensu - chłopak wstaje z trawiastego fragmentu alejki, podnosi plecak i siada znów obok siostry na rozgrzanym lipcowym słońcem kamiennym ogrodzeniu. - Nie zdradzam jej. Może rzeczywiście masz rację, nie powinienem, te kobiety nic nie znaczą, ale taki jest teraz świat, wszystko dostępne, na wyciągnięcie ręki, masz tego mnóstwo, tych dziewczyn różnych, wystawionych, żeby klikać, podziwiać, bo ciało, tatuaż, usta zmysłowo rozchylone, te rzęsy... jak ty to mówisz? A, miotłorzęsy, tak, naszkicowane brwi, wypełnione usta, lalki, pacynki, iluzje, przerysowane, poprawione, podobne jedna do drugiej... Takie ciała są jak towar w sklepie, jak fast food, na chwilę nasycisz oczy i żołądek, ale na drugi dzień nie pamiętasz nawet, co jadłaś. Wiem, że w prawdziwych związkach to nie w porządku, ale teraz wszystko jest na chwilę, nawet związki...

Mia patrzy na brata i w oczach rosną jej łzy. Wszystko jest na chwilę... Tak, ma rację. Ale co, jeśli kochasz naprawdę, jeśli wypełnia cię prawdziwe uczucie, jeśli miłość ma szansę być gościem nie na moment, ale na całe życie? Co, jeśli czujesz to tylko ty jedna, ty sama, bo druga strona nie chce i nie umie się zaangażować, woli jednak chwilówkę, która jest łatwiejsza, przecież dużo prościej jest karmić się iluzją, utrzymanie związku to trud, a trud jest niemodny, nie wpisuje się w rozpowszechnioną narrację dbania o własny dobrostan za wszelką cenę... Co wtedy?

Rob, jakby czytając w jej myślach spuszcza wzrok i kręcąc na palcu pasek od plecaka, tego niepokornego workowatego potwora, który siedzi obok jak trzeci, niemy towarzysz z wielkim brzuchem, gotów znów radośnie zjechać w cień rzucany przez mur, mówi cicho:

- Ja jej nie kocham. 

Zapada milczenie. Mia uświadamia sobie, że tak, też to widziała, czuła, kiedy spotykali się razem, kiedy oni patrzyli na siebie, mówili do siebie... Tam już nic nie było, żadnego iskrzenia, żadnego ognia, ale i chyba nawet wzajemnego lubienia i zrozumienia. Nie kłócili się, byli wobec siebie poprawni, smutno zwyczajni.

- W tym jest cały problem - kontynuuje. - Nie mam już sił dalej próbować, starać się, wmawiać sobie, że to tylko kryzys i że wystarczy przegadać, przeczekać, podjąć jakieś kompromisy. Po prostu... nie czuję do niej nic poza przyzwyczajeniem, minęło zauroczenie i nie mamy o czym gadać. Długo nie chciałem konfrontować się z tą myślą, ale... po co mam oszukiwać siebie i ją... Mógłbym tak w sumie jeszcze trwać, bo chyba się ciągle lubimy, wiemy o sobie wiele, wiesz, na zasadzie: kto jaką kawę pije i w jaki sposób zawija się w kołdrę przed snem... ale to nie wystarcza, Mia, to nie ma sensu. To jest dobre, stabilne, ale nie jest w miłości normalne. To jest tak, jak z twoimi okularami... Jak łatwo jest przyzwyczaić się do niewidzenia... Jak łatwo spowszednieć w nieczuciu... Ale życie ucieka, szkoda go na kiepski wzrok i zimne, obojętne, byle jakie miłości... Nie chcę być takim bezmyślnym widzem, palantem na insta, jak mnie nazwałaś, który codziennie klika serducho i karmi się fałszywym poczuciem przynależności do zjawiskowej kobiety myśląc, że robi jej dobrze swoją pustą, technologiczną pieszczotą; takim, który pochwali przefiltrowane ładne nogi i wygładzony w programie do obróbki zdjęć dekolt, ale gdy będzie w robocie, czy gdziekolwiek sam - nie pomyśli o niej nawet przez chwilę, bo nie będzie miała dla niego żadnego znaczenia. Nie chcę jej tego robić, co więcej, jestem przekonany, że ona czuje podobnie. Dlatego... dlatego idź, Mia, idź do okulisty, zapisze ci lepsze okulary, szkoda życia na kiepskie widzenie, bo może ci umknąć coś bardzo ważnego. I mnie, i Klarze też. Nie można przyzwyczajać się do rzeczy obłudnych, niepełnowartościowych, kiedy życie ma w ofercie całe spektrum szczęścia, cały salon optyczny z okularami na wyraźne widzenie, na prawdziwe, uczciwe widzenie. I na czucie. Siebie, świata, drugiego człowieka.
Matko, czego ty beczysz, Mia? Laski są dziwne, naprawdę - chłopak patrzy na siostrę z czułością, obejmuje jej chude ramiona i całuje w skroń. - Wstawaj, idziemy.

Plecak, straciwszy troskliwe oparcie swojego właściciela ponownie spada i plaśnięciem wita się z podłożem. Młodzi patrzą na siebie i wybuchają śmiechem. Mia przez łzy widzi rozmazujące się w słonej wilgoci oszałamiające kolory zachodzącego za blokowiskiem słońca. Zieleń drzew w parku łagodnieje i przykręca soczystość o kilka tonów, w końcu odpocznie od upalnego dnia. Jaka ładna ta sprana, spłukana zieleń - myśli dziewczyna, i zatrzymuje na moment w oczach cały szeroki kadr, jak gdyby chciała zrobić zdjęcie, zaprojektować kolorową widokówkę z pozdrowieniami z wakacji, które też są tylko na chwilę.

Jak łatwo przyzwyczaić się do niewidzenia.